Chodzę z Bogiem i uczę się Go chwalić

Czasami chodzą za mną zdania. Urywki z modlitw, z Pisma Świętego. Wybrzmiewają mi w głowie tak, jak piosenka, która raz usłyszana nie chce z niej wyjść. Zwykle są to krótkie komunikaty, które jak wierzę, są moim drogowskazem. Tym razem chodzi za mną zdanie „Wszelki duch Pana Boga chwali”. I chociaż ten zwrot jest używany w dawniejszej literaturze jako wyraz zaskoczenia, albo przerażenia mówiącego, to jest w nim coś więcej. Właściwie to jedno zdanie zawiera w sobie całą myśl chrześcijańską.

Dlaczego warto mieć swój prayer journal?


Wiem. Mój Polish-English. Uwielbiacie. W tym przypadku celowo używam słowa prayer journal, a nie modlitewnik. Dzisiaj zdradzę Wam coś osobistego, ale jednocześnie mam nadzieję, że dla kogoś okaże się to pożyteczne. Ci, którzy nie lubią katoklimatów niech po prostu pominą ten wpis.





Słowo o tym, jak zaczęłam pracować ze Słowem Bożym





W którymś momencie dałam się Bogu przekonać, że Słowo Boże żeby żyło, musi być Słowem Żywym. Takim, które się czyta, którym się żyje na co dzień, a nie tylko w niedzielę podczas uniesień przy trafionym kazaniu. ;)





Nie słyszałam wtedy jeszcze o modzie na prayer journale. Ale pisałam listy do Boga, w których powierzałam mu swoje sprawy. Te trudniejsze i te łatwiejsze, a wszystko zaczęło się na pierwszym wyjeździe do Zakopanego z rodzicami. Rodziców akurat wtedy nie było, a na zewnątrz panowała pierwsza górska burza jaką miałam okazję przeżywać. I tak od czapy postanowiłam napisać list do Boga. Od tamtej pory, ja i Bóg jesteśmy w relacji. Chociaż jest różnie, raz jest dobrze, raz jest źle, czasem się z Nim ostro kłócę, ale przecież to normalne, gdy się jest w relacji...





Na cmentarzu nie odmawiam zdrowasiek





Znowu rzucę czymś osobistym, ale czuję, że jest to potrzebne aby Wam wyjaśnić, jak to jest ze mną i z modleniem się. Oczywiście nie krytykuję ludzi, którzy potrzebują czyichś słów. To po prostu nie mój styl. Ja modlę się swoimi słowami, swoimi stanami, a czasami ciszą, innym razem własnym poczuciem krzywdy. Na cmentarzu nie odmawiam zdrowasiek. Pytam "co słychać?" i opowiadam co u mnie.





Czy prayer journal to jest to samo, co modlitewnik?





I tak. I nie. Prayer joural to rodzaj modlitewnika, ale jest czymś bardziej osobistym. Modlitewniki to gotowe książki wydane po to, by pomagać nam w nawiązywaniu relacji z Bogiem. Prayer journale, to nasze osobiste przemyślenia, rozmowy z Bogiem i zapis pracy z Pismem Świętym. To nasze słowa i rozmowy, ulubione cytaty z Pisma Świętego i lekcje, które dostaliśmy od życia.





W prayer journal możemy zapisać tak naprawdę wszystko. To, za co chcemy się modlić, to za co chcemy podziękować i to, o co chcemy prosić. Prowadzenie prayer journala pomaga pamiętać o roli modlitwy w codziennym życiu. Ale też wspomaga myślenie systemem błogosławieństw, a nie tylko systemem cierpień. Cierpienie to tylko jedna strona chrześcijaństwa. Nie wypełnia go całkowicie.





Dlaczego warto prowadzić prayer journal?





Może Wam być trudno na początku, bo zaraz powiecie, że jesteście za starzy, albo w ogóle, że to dziwne. I pewnie trochę jest. Ale co nie jest dziwne na początku? Nawet chodzenie jest dziwne. Widzę to po moim synku, który niedawno postawił pierwsze kroki i czasami np. dziwi się, że potrafi włączyć wsteczny. Dlaczego warto prowadzić prayer journal?





  • Prayer journal spowodował, że mocno cenię czas z Bogiem i bardziej szukam tego czasu. Planuję go. Bo wiem, że chcę sobie z Bogiem pobyć. Bardziej świadomie, bardziej refleksyjnie.
  • Dzięki temu, że różne rzeczy zapisuję widzę podpowiedzi, które Bóg mi daje i też widzę to, kiedy każe mi zmienić kierunek.
  • Pomaga mi to w codzienności, i wierzę bardziej. Bardziej ufam, bardziej zawierzam i czuję się bezpieczniej wiedząc, że mamy kontakt.
  • Mam swoje krzyże, niektóre z nich ciągną się za mną od wielu, wielu lat i jak to w życiu dochodzą też jakieś nowe. Ale łatwiej mi je nosić, gdy wiem, że nosimy je razem. Nie czekam na moment aż Bóg ześle mi jakiś wielki parasol, na którym będzie napisane: "Jestem z Tobą". Tylko włączam "Jump", ubieram moje okulary przeciwsłoneczne w panterkę i robię kierkegaardowski skok wiary. To jest jedyna zasada przetrwania w moim życiu, bo nic innego się po prostu nie sprawdza.
  • W chwilach, w których nie mam czasu zapisuję sobie intencje w jakich chciałabym się pomodlić i dzięki temu, nie zapominam.
  • Wiara jest dla mnie czymś normalnym i nie wstydzę się jej. Kiedyś miałam wrażenie, że wiara to coś osobistego... Tylko, że gdyby apostołowie tak myśleli, to nie byłoby kościoła katolickiego. ;) Dzisiaj nie krępują mnie sytuacje związane z wiarą. Zdarzyło mi się nawet czytać Ewangelię z Teściową i Szwagierką. Sama nie wyszłabym z tym pomysłem, ale skoro mi to zaproponowano to catch the flow and go. I jak to zwykle bywa, okazało się, że była to odpowiedź na moje problemy, o których z nikim wtedy nie rozmawiałam.




Weź daj se siana...





Trzeba mieć mnóstwo czasu na takie rzeczy. Zaraz mi ktoś powie. No nie wiem, mam wrażenie, że wcale nie. Czasami wystarczy 5 minut, czasami 3. Ale kiedy czujesz to naprawdę i zaczynasz cenić ten czas, to nagle są chwile, w których bywa Ci smutno, że nie możesz poświęcić pół godziny ze swojego życia na to, by postudiować Biblię. Wydaje mi się, że wiara nie jest czymś co Bóg rozdaje na zasadzie: temu dam mniej, a tamtemu trochę więcej. To przede wszystkim kwestia tego ile my wysiłku i chęci wkładamy w tę relację, czy w ogóle jej chcemy. I czy chcemy żeby Bóg mówił nam to, co faktycznie chce nam powiedzieć, czy wkładamy Mu w usta nasze własne słowa i myśli. Czasami Bóg zrzuca człowieka na kolana, do poziomu podłogi, ale nie po to żeby go krzywdzić, tylko żeby zwrócić na coś uwagę. Chwilę później, zawsze wyciąga rękę aby pomóc mu wstać.

































[NM#08] Wychowanie dziecka i wiara. Kiedy i jak zacząć opowiadać o Jezusie?


Mamy niewierzące niech sobie po prostu pominą ten odcinek Niezbędnika. Bez spiny :) . Jezus jest ważną osobą w moim życiu i nie chcę żeby dla mojego dziecka był tylko pustą figurą retoryczną. Chrzest zobowiązuje rodzica do wychowania dziecka w wierze. Jest to bardzo fajne zobowiązanie. Nakłada na rodzica częstsze myślenie o Bogu. Niektórzy rodzice jednak mylą wychowanie w wierze, ze zmuszaniem do niej. A przecież są to dwie zupełnie różne rzeczy.





Jezus w życiu kilkumiesięcznego dziecka





Moje podejście do Pierniczka zawsze jest takie samo, staram się go obserwować i dopasowywać różne czynności do jego możliwości. Do niedawna każdy dzień kończyłam wypowiadaniem nad nim modlitwy "Aniele Boży" i zrobieniem mu krzyżyka na czole, na ustach i na piersi. Teraz trochę zmodyfikowaliśmy ten proceder.





Kiedy byliśmy u moich teściów Pierniczek zainteresował sie dużą figurą przedstawiającą Jezusa. Podczworakowywał do niej, podciągał się i patrzył. Wtedy pomyślałam sobie: dobra, to już czas na coś więcej.





Zamówiłam Jezusa





U mojego dziadka, który jest rzeźbiarzem. Całe życie rzeźbi różne figury zahaczające o folklor ale przede wszystkim zajmuje się sztuką sakralną. Mój dziadek był także jednym z artystów, którzy rzeźbili figury na ołtarz papieski w Sopocie. Zresztą mój teść również. Nie przesadzam mówiąc, że znam Pana Męża całe życie. ❤😊





Widząc jak Pierniczek reaguje na teściowego Chrystusa od razu zadzwoniłam do dziadka. I złożyłam zamówienie. Okazało się, że dziadek miał w zanadrzu niedokończonego Chrystusa, który przez wiele lat czekał na swój moment.





-Wiesz dziadek, to musi być taki dziecięcy Jezus. Uśmiechnięty z ramionami wyciągniętymi do przytulania. - i mój niezawodny dziadek takiego Jezusa zrobił.





Pierniczkowe zapoznanie





Pierniczek od razu poczuł ten flow z Jezusem. Złapał go za głowę i dokładnie zbadał rączkami Jego kształt. Trochę się z Jezusem posiłował (w sympatycznym sensie) i znowu się wpatrzył. Niektóre osoby starsze zaraz powiedziałyby, że to brak szacunku itd. No serio? Myślicie, że prawdziwy Jezus, kochający nas wszystkich i kochający dzieci, nie dałby się wyczochrać za włosy takiemu wesołemu brzdącowi?





Modlitwa poranna i wieczorna





Do modlitwy wieczornej dorzuciliśmy modlitwę poranną. Rano, zanim wstaniemy, pokazuję Pierniczkowi Pana Jezusa, dziękujemy za spokojną noc i prosimy o dobry dzień. Codziennie rano przedstawiam mu Pana Jezusa i mówię co teraz będziemy robić.





Wieczorem modlimy się w ten sam sposób, co zwykle i dołożyliśmy do tego podziękowanie za dzień. Znowu pojawia się rzeźba przedstawiająca Jezusa, patrzymy, dziękujemy za dzień i prosimy o spokojną noc. A potem odmawiamy Aniele Boży.





W praktyce znaczy to tyle, że robię to ja a Pierniczek się wpatruje. Ale widzę, że jakoś mu się ten Pan Jezus podoba i to jest dobry znak. Zresztą wiecie, nie ma co oczekiwać od dziecka, które jeszcze nawet za wiele nie mówi, że będzie recytować Koronkę do Miłosierdzia Bożego :D .





Modlitwa dzieci jest super





Dlatego, że modlitwą jest właściwie każdy gest, ciekawość świata, każde spojrzenie z zaciekawieniem. Dzieci potrafią cieszyć się tym, co dostały. Mają w sobie naturalną radość życia, której my dorośli powinniśmy się uczyć.





Chciałabym żeby Pierniczek miał poczucie, że Jezus jest kimś takim, do kogo zawsze może się zwrócić. Choćby się waliło, paliło, choćby się pokłócił ze wszystkimi ważnymi dla siebie osobami. Chciałabym żeby miał takie poczucie, że jak np. pokłóci się ze mną, albo ze swoim tatą - to jest Jezus i wystarczy się do Niego zwrócić, a wszystko naprawdę może się dobrze ułożyć. I nie mówię tutaj o nie wiadomo jakich problemach, ale o takich codziennych sprawach.





Ale w punkcie wyjścia nie myślę w kategoriach "musisz" lecz "możesz". Jasne, że chciałabym aby Pierniczek wierzył, chciałabym bo wiem ile moje nawrócenie zmieniło w moim życiu. Badabum tsy! To było nawrócenie? A no było, bo chociaż wierzyłam zawsze, chociaż jestem z domu, w którym wiara była zawsze obecna, to ja jestem taką osobą, która chodzi i zawsze chodziła własnymi drogami. I własną drogą też musiałam do pewnych rzeczy dojść.





Często mówię o sobie, że jestem wolnościowcem, bo tak właśnie jest. Obserwuję Pierniczka i staram się dopasować jego czynności, do jego możliwości i zainteresowań. Ale na pewno nie próbowałabym go zmuszać, sama nie lubię zmuszania do czegokolwiek i nie chciałabym zachowywać się wobec niego w ten sposób.





A Wy jakie macie do tego podejście? W jaki sposób pokazujecie swoim dzieciom swoją wiarę? W jaki sposób pokazujecie im swoje wartości?





Jeżeli cenisz moje teksty i mnie jako twórcę...





Expecto Patronum! :) Zajrzyj proszę na moje konto na Patronite. Przygotowałam specjalne nagrody dla tych, którzy zdecydują się mnie wesprzeć. Moim Patronem możesz zostać już od 3 złotych miesięcznie. Dla Ciebie to niedużo? A dla mnie to może być grosik, który przeważy szalę. :) <3








Jak w domu. Czyli gdzie?


Szczera odpowiedź na to pytanie może ułatwić wiele życiowych wyborów. Zbyt czesto myślimy o domu jako o jakimś zewnętrznym miejscu, a przecież dom to pewien stan ducha. I każdy z nas zasługuje na to, by mieć go w sobie.





Nie zabraniaj sobie





Gdy patrzę na życie, z różnych stron odnoszę wrażenie, że my sami zabraniamy sobie tak wielu rzeczy... Po co? Dlaczego? Dlatego, że inni myślą inaczej? Serio? Życie mamy tylko jedno. Czy warto uzależniać je od czyjejś oceny?





Zawsze mi sie wydawało, że warto jest żyć swoim życiem. Nie zawsze jest łatwo, ale warto żyć po swojemu. Kiedyś wydawało mi się, że muszę się dopasować i swoje niedopasowanie traktowałam jako wielką osobistą klęskę, potęgującą wrażenie, że nie mam swojego miejsca. Miałam mocne poczucie, że nie mam domu, bo nigdzie nie pasuję.





Wielokrotnie prosiłam Boga, żeby pomógł mi spojrzeć na mnie samą Jego oczami. I zrobił to. Całą swoją duchowo-życiową przemianę zawdzieczam Jemu. Myślę, że kilkunastoletnia Monika bardzo zdziwiłaby się, że ta dwudziestosześcioletnia tak otwarcie mówi o wierze.





Zaczęłam szanować swoje życie





Zaczęłam budować dom w sobie, w momencie gdy zaczęłam szanować swoje życie. Co to znaczy? To znaczy, że przestało mi zależeć na opinii innych i w kluczowym momencie swojego życia posłuchałam serca.





Co to znaczy dla mnie mieć szacunek do swojego życia? Brać za nie odpowiedzialność. Nie zrzucać winy za swoje decyzje na innych i generalnie nie szukać winnego. Mieć szacunek dla swojego czasu i siebie, nie tracić życia na ludzi, którzy cię nie szanują. I nie tylko mam na myśli jakieś skrajne przypadki, ale także osoby, które wnoszą do naszego życia same negatywne wartości. Przede wszystkim, słuchać serca. To w nim są zapisane nasze pragnienia i ścieżki, którymi powinniśmy podążać.





Szacunek do życia to również zrozumienie, że ten świat jest w pewnym sensie pożyczony. Zrozumienie, że możemy tutaj być i wszystkiego używać, ale przyjdzie moment kiedy trzeba to będzie oddać i pójść gdzieś indziej. Najtrudniej myśleć o naszych bliskich w tym kontekście. Ale nawet w tym przypadku doświadczenie pokazuje, że kiedy ktoś bliski odchodzi, cały świat nie zamiera, lecz biegnie dalej swoim rytmem. Po okresie smutku i żałoby przychodzi nowa jakość i nowy rytm. Świat, który żyje, nie może długo skupiać się na śmierci, po prostu jest to sprzeczne z jego naturą.





Wiedza, że kiedyś umrę trzyma mnie przy życiu





Zaraz pomyślicie, że jestem chora skoro tak mówię. Na razie nic mi o tym nie wiadomo, żeby tak było. Choć domyślam sie, że osoby, które usłyszały w swoim życiu trudną diagnozę doskonale rozumieją sens tego nagłówka.





Myślę, że świadomość śmierci może napędzać do życia, do tego żeby przeżyć je dobrze. Do tego, aby żyć tym, co naprawdę ważne, a nie tym, co dzisiaj jest modne. Może napędzać do tego, by nie tracić czasu do głupoty. Pełnią życia żyjesz tylko wtedy, gdy pamiętasz o śmierci. Ona również stanowi przecież jego część jako konieczny finał.





Dom jest w Tobie. Zawsze tam był, czasami trzeba go po prostu odnaleźć. Spojrzeć w głąb, odkurzyć swoje serce i pozwolić na to, by Cię prowadziło. Nie mówię, że to jest proste. Mowie tylko, ze jest wartościowe...





Jeżeli cenisz moje teksty i mnie jako twórcę...





Expecto Patronum! :) Zajrzyj proszę na moje konto na Patronite. Przygotowałam specjalne nagrody dla tych, którzy zdecydują się mnie wesprzeć. Moim Patronem możesz zostać już od 3 złotych miesięcznie. Dla Ciebie to niedużo? A dla mnie to może być grosik, który przeważy szalę. :) <3








Wyzwanie na Wielki Post


Moje podejście do wiary jest takie, że próbuję zrozumieć. Różne rzeczy i zjawiska, ale także sytuacje i postepowanie innych. Jeśli chodzi o mnie samą, zawsze czuje się daleko w polu. Jednak mimo wszystko, Pan Bóg zawsze w którymś momencie mnie z tego pola zgarnia.





Moje myślenie o Wielkim Poście





W moim myśleniu Wielki Post jest czasem na zmianę. Sama nie zawsze wiem jaką, nawet wtedy, kiedy wiem, że jest potrzebna. To czas dla duszy, a nie dla ciała.





Co roku mam takie poczucie, że powinnam wiedzieć o co mi chodzi i bywa, że chodzę jak struta, gdy nie mam żadnego postanowienia na Wielki Post. Czuję się wtedy taka niepełna, jak ktoś, kto znowu zawiódł.





I myślę sobie, że taki medal ma dwie strony. Z jednej strony, rzeczywiście może chodzić o jakieś moje zaniedbanie. O coś, nad czym mogłabym pomyśleć, a nie pomyślałam. A z drugiej strony, zadaniem na Wielki Post może być po prostu przetrwanie duchowej ciszy.





Nic nie dzieje się bez powodu





Jestem o tym głęboko przekonana. Zwłaszcza po moim odkryciu, że przy codziennym czytaniu Biblii, Bóg układa moja codzienność. W taki sposób, że gdy siedzę wieczorem z Pismem Świętym i spoglądam wstecz na swój dzień, widzę sensy i rozumiem. I nie dlatego, że podejmuję jakąś samotną autorefleksję, ale dlatego, że dostrzegam pewne wydarzenia w innym kontekście.





Dlatego może nie zawsze chodzi o to, by narzucac sobie jakieś zadania? Może zadanie jest czasami narzucone z góry? Nie zawsze jest nim poszukiwanie, czasami to po prostu przetrwanie ciszy. ❤





Jeżeli cenisz moje teksty i mnie jako twórcę...





Expecto Patronum! :) Zajrzyj proszę na moje konto na Patronite. Przygotowałam specjalne nagrody dla tych, którzy zdecydują się mnie wesprzeć. Moim Patronem możesz zostać już od 3 złotych miesięcznie. Dla Ciebie to niedużo? A dla mnie to może być grosik, który przeważy szalę. :) <3








#BibleStudy i macierzyństwo - jak to pogodzić?


Dostrzegam taką dziwną zależność. Im mniej mam czasu, tym więcej robię. Czasami czuję się tak, jakby czas załamywał się specjalnie dla mnie 😊. To wspaniałe doświadczenie, zwłaszcza kiedy jestem bardzo zmęczona i patrzę w mijający dzień i widzę ile zrobiłam ❤.





Co mi daje studiowanie Biblii?





Zanim przejdę do głównej myśli chcę się z Wami podzielić tym, dlaczego w ogóle chcę studiować Biblię i co mi to daje. Chcę to robić ponieważ widzę w tym wartość i pozytywny wpływ na moje/nasze życie.





Studiowanie Biblii daje mi:





  • Siłę do zmagania się z codziennością, która nie zawsze należy do najłatwiejszych
  • Wewnętrzny spokój, tak bardzo ugruntowany, że ciężko by było osiągnąć go inaczej
  • Wyciszenie
  • Radość
  • Cierpliwość
  • Rozwiązania problemów albo jakichś kwestii, które wymagają wyjaśnienia
  • Pogodę ducha
  • Otulenie
  • Zrozumienie różnych spraw




Jak to robię?





Świeżo upieczona #mama wcale nie ma wiele czasu i bywa, że trudno jest to przekroczyć, ale dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Czasami czas się po prostu załamuje i jakoś daję radę 👼. Bywa, że udaje mi się usiąść do Pisma Świętego wieczorem, a czasami rano zaczynam z nim dzień. Poza tym jeśli chcesz i wypływa to u Ciebie z potrzeby serca, to Bóg znajdzie sposób i da Ci możliwości. W moim życiu tak to właśnie działa.





Nie zawsze udaje mi się codziennie siadać do czytania Biblii, choć bardzo bym chciała codziennie mieć taki czas. Bywa, że wieczorem jestem już tak zmęczona, że nie daję rady i wtedy po prostu modlę się swoim zmęczeniem. Swoim aktualnym stanem.





Nie wyrzucaj sobie przesadnie...





Jeśli chciałaś a to się znów nie udało. Przyjdzie taki dzień, w którym się uda. Przyjmij to za swoją zasadę i nie patrz na siebie przesadnie krytycznie. Nie traktuj tego jak jedną z rzeczy na Twojej "Liście spraw do załatwienia", ale raczej jak na czas na spotkanie z Przyjacielem 😊.





Napisz koniecznie, co o tym sądzisz i czy masz swój czas na takie spotkania? 😊




Kilka refleksji w temacie czytania Biblii


Od lat podchodzę do czytania Pisma Świętego. Każda szanująca się
Polka-Katolka powinna je znać, wiedzieć z czym to się je, a najlepiej szastać cytatami na zawołanie. Serio, to może brzmieć jak żart, ale naprawdę tak uważam. Od zawsze zazdrościłam protestantom znajomości Biblii. Mniejsza o przekład, chodzi o samą postawę. Czytania i chcenia.





Był taki czas, kiedy próbowałam czytać od deski do deski, strona po stronie. Ale to było... równie ciężkie jak mój egzemplarz Pisma Świętego. I chociaż przebiłam się przez Księgę Rodzaju, to nie była to łatwa przeprawa i zaniechałam dalszej podróży. Z poczuciem żalu.





Ale Bóg na wszystko znajdzie sposób





Bóg do każdego zwraca się w sposób indywidualny, to co jest dobre dla Ciebie, niekoniecznie jest dobre dla mnie i odwrotnie. Ale to nie znaczy, że te różne ścieżki, którymi kroczymy, nie mogą do Niego prowadzić.





Jakiś czas temu natknęłam się na bardzo fajną apkę. Nie będę Wam jeszcze mówić o jaką chodzi, żeby nie było wpadki jak z Mori Journal, które mi się znudziło ;) Protestanci mają coś takiego jak tematyczne plany czytania Biblii, w tej aplikacji jest taka możliwość. Taki sposób czytania Biblii wydawał mi się zawsze intrygujący i teraz go praktykuję. Polega to na tym, że jest np. temat "Małżeństwo" i patrzymy, co Biblia mówi na ten temat. Czytam wielopoziomowo, bo oprócz wersji Pisma Świętego dostępnej w aplikacji, porównuję z Biblią Tysiąclecia. Czasami zaglądam też w szerszy kontekst, kiedy mam wrażenie, że wybrany fragment odnosi się do czegoś, o czym była mowa wcześniej lub później.





Więcej czasu na modlitwę





Nie powiem, że na refleksję. Niestety refleksji to ja mam aż za dużo (jak na zawodowego filozofa przystało) i czas na modlitwę, słuchanie, pisanie, jest mi bardzo potrzebny. Czasami ciężej mi jest słuchać Boga, niż zarzucać Go moimi własnymi przemyśleniami, ale pracuję nad tym i jest to coś, co chciałabym naprawić.





Obecnie czytam trzy plany: małżeństwo, znalezienie ścieżki życiowej i uzdrowienie. Wygląda to tak, że każdego dnia aplikacja podpowiada mi odpowiednie fragmenty, które powinnam przeczytać. Codziennie można w niej znaleźć również wers dnia. Aplikacja umożliwia również zakreślanie, robienie notatek i udostępnianie fragmentów Pisma Świętego, w postaci grafiki, którą możemy sami stworzyć. Z tego właśnie korzystam wstawiając na Instagram cytaty z Biblii. Nieraz powstrzymuję się od udostępniania ich cały czas, taka kompulsywna potrzeba dzielenia się czymś fantastycznym. Dzielę się z Wami tymi cytatami, w których coś mnie zachwyca.





Czego mnie to uczy?





Na pewno systematyczności w wieczornym siadaniu do Pisma Świętego. Uczy również spokoju i wyciszenia. Słuchania, skupienia. Zaciekawia Słowem Bożym, powoduje, że chcę wiedzieć więcej i więcej. I spokój. Ale z Bogiem to tak jest, że im więcej Go zapraszam do życia, tym więcej spokoju. I tak sobie jesteśmy, w radościach, ale też w niepowodzeniach. Na spokojnie. Bez spiny.




Marzenia się spełniają kiedy się je wypowiada


Walczę z urodzinowym mitem, że życzenie należy zachować dla siebie, aby się mogło spełnić. Myślę, że takie schowane życzenia nie mają mocy sprawczej. To jak to jest? Czy wierzę w jakąś moc życzeń? No nie. Ale wierzę, że ludzie wokół mają moc sprawczą. Nie chodzi o to, aby polegać tylko na innych, ale czasami okazuje się, że w Twoim życzeniu jest coś, co mogłoby pomóc komuś innemu. I nagle okazuje się, że Twoje życzenie jest z pewnych powodów istotne również dla kogoś innego, kto być może pomoże Ci je spełnić.





Jeśli siedzisz cicho i w zaciszu własnego pamiętnika o czymś marzysz...





Nie masz szansy sprawdzić, czy wypowiedzenie życzenia nie wywoła całego łańcucha pozytywnych zdarzeń w Twoim życiu. W ten sposób, osoba, która mogłaby jakoś pomóc Ci w spełnieniu marzenia, nie dowie się w ogóle o jego istnieniu. Tak samo Ty nie dowiesz się o istnieniu tej osoby, jeżeli głośno i z odwagą nie będziesz mówić o tym, czego tak naprawdę chcesz i o czym marzysz, o co Ci tak naprawdę chodzi :)









Szczęście jest taką rzeczą, która się mnoży jeżeli się nią dzielisz





Niestety jest tak również z negatywnymi rzeczami. Jeżeli ciągle tylko narzekasz i widzisz same złe strony w życiu, to właśnie one będą się mnożyć. Umysł nastawiony na problemy, widzi tylko problemy. Jeśli nastawisz się na dobro i widzisz dobro wokół siebie, nagle okazuje się, że jest go coraz więcej, a Ty sam stajesz się jego przekaźnikiem.





Kiedyś przy spowiedzi, podczas pouczenia Ksiądz powiedział mi:





"Musisz popracować nad swoją radością. Wiara to nie tylko cierpienie, ale to przede wszystkim radość. Brak radości również jest grzechem"





I wtedy poczułam się tak, jakbym dostała od księdza po głowie. I słusznie. To było w ciemnym czasie mojego życia, w którym miałam wrażenie, że gdzieś znikam, że nigdzie nie ma dla mnie miejsca. Tamta spowiedź, tamten ksiądz, to wszystko miało na mnie bardzo dobry wpływ. Mocą Bożej Opatrzności, moim zdaniem. Ksiądz miał rację i słusznie zwrócił mi uwagę, że nad radością też trzeba pracować.





Przywykliśmy do myślenia, że radość po prostu jest, lub jej nie ma - ale czy pamiętamy o tym, że nad nią też trzeba pracować?





Im bardziej szukałam dobra wokół siebie, tym bardziej rosło moje wrażenie, że odzyskuję wzrok. Tak właśnie jest kiedy zaczynasz pracować nad radością, nad postrzeganiem dobra w swoim życiu (dziennik wdzięczności bardzo w tym pomaga). To właśnie wtedy, kiedy założyłam odpowiednie okulary Bóg zdziałał wielkie cuda w moim życiu. I tak samo jak nad radością, nad marzeniami również trzeba pracować.





Moje hasło na ten rok?





Monia! Popracuj nad swoim marzeniem, nikt nie zrobi tego za Ciebie. Nic nie stracisz, a możesz tylko zyskać nowe doświadczenie. <3





Zajrzyj również...





Do projektów graficznych, które przygotowałam dla Ciebie na Nowy Rok. Mają na celu pomóc Ci w dążeniu do marzeń i w pozytywnym nastawieniu :) W wolnej chwili, koniecznie daj mi znać czy spełniły swoje zadanie.









Czytaj również: