TRYB JASNY/CIEMNY

Spokój pachnie mi paniką. Dlaczego tak trudno nam znieść stabilność?

📌

Spokój pachnie mi paniką. Dlaczego tak trudno nam znieść stabilność?

Ilustracja wpisu
📎 Kiedy wszystko gra, układ nerwowy dostaje krótkiego spięcia...

Przez wiele lat patrzyłam na siebie jak na osobę z permanentnymi skłonnościami do autosabotażu. Dzisiaj wiem, że to bzdura.

Z racji dorastania w środowisku, które raz było w taki sposób ułożone, a raz w zupełnie inny i nie dawało mi żadnych stałych punktów zaczepienia na poziomie emocjonalnym, wyhodowałam sobie precyzyjnie skalibrowany radar na brak stabilności. Zupełnie jakbym była zakodowana na ciągłe utrzymywanie się w niepewności – właśnie dlatego, że ta niepewność wydawała mi się totalnie bezpieczna.

Kiedy w dorosłym życiu "wszystko gra", mój układ nerwowy dostaje krótki spięcie, dawniej doświadczałam stanu, w którym autentycznie martwiło mnie to, że nic mnie nie niepokoiło w danej chwili. Jakbym była zakodowana na niepokój. Spokój pachnie mi paniką, więc odruchowo szukam kija, żeby wsadzić go we własne szprychy. Przecież człowiek dąży do tego, co zna. Jeśli Twoim domem był emocjonalny poligon, to bezpieczny związek bez codziennego roller coastera wydaje się podejrzany.

W Kolasińska Podcast z prof. Beatą Pastwa-Wojciechowską obnażono ten mechanizm z chirurgiczną precyzją: stabilność niesie ze sobą niepewność, bo nie umiesz w niej funkcjonować. Ogromny szacun dla Pani Profesor za zwyczajny wygląd i nierobienie z siebie celebrytki, jak to mają w zwyczaju koledzy po fachu z parciem na szkło.

Wygodnie jest dzisiaj stwierdzić, że za całe zło tego świata odpowiada patriarchat, a jak nie patriarchat, to na pewno mężczyźni. Łatwo iść w taką jednowymiarową narrację, która z namaszczeniem wskazuje winnych i zdejmuje z nas całą odpowiedzialność. Tylko że zamiast bezmyślnie powtarzać te modne kalki, warto wreszcie skierować ten palec w swoją stronę. Bardzo łatwo jest dopisać komuś cechy, których ten człowiek w ogóle nie posiada (albo posiada je, ale w zupełnie mniejszej skali niż sugerują social media), tylko po to, żeby utwierdzić się we własnej nieomylności. Łatwiej zwalić winę na całą płeć, niż przyznać przed sobą, że Twój własny układ nerwowy z obrzydzeniem reaguje na święty spokój, bo został wychowany w nerwowym środowisku. 

Nie obudziłam się zresztą pod wpływem jakiegoś jednego olśnienia po tej rozmowie. Jestem jakoś samoświadoma, oprócz tego pochłaniam podcasty – szukam ludzi, którzy mają coś do powiedzenia, a nie takich, którzy muszą paradować z głupawym uśmieszkiem na każdej ściance. 

Przypomniało mi się przy okazji tego odcinka, jak Małgorzata Ohme w którymś wywiadzie opowiadała o swoim rozstaniu z partnerem. Przyznała wprost, że miała u boku bezpiecznego mężczyznę, ale po prostu nie potrafiła funkcjonować w takim bezpieczeństwie – i kropkę nad "i" postawiła dopiero po latach.

Są to ciekawe obserwacje, które dotyczą nie tylko moich relacji, ale również mojego CV. Umiem dostosować się do zmian, przeżyć dzień bez wyraźnego planu, wiele zrobić na spontanie, ale przede wszystkim doskonale funkcjonować w pełnym chaosie, w którym wszystko się wali, pali, a mnie kurzy się spod tyłka i przy tym osiągać turbo focus. 

Przez wiele lat panicznie uciekałam od jakichkolwiek zamkniętych struktur czy stabilnej pracy – 16 lat temu odbiłam się od korpo, stwierdzając, że to absolutnie nie moja bajka. Miejsce dawało niby jakąś dozę przewidywalności, ale dla mnie było jak kaftan bezpieczeństwa nasączony nudą. W cyfrowym świecie jako człowiek sukcesu musisz być rekinem biznesu i zapierdzielać na własnej działalności – też to robiłam, oczywiście.

A teraz? Pracuję w korpo i jest to totalnie moja bajka. Obudziłam się po trzydziestce i złapałam na czymś absurdalnym: oto ja, etatowa uciekinierka, czerpię głęboką satysfakcję właśnie z takiej poukładanej pracy. Nie dość, że zwyczajnie mnie cieszy, to autentycznie doceniam spektrum wyzwań, przed którymi staję, a równocześnie... ten święty, uporządkowany porządek codzienności w rytmie bardzo-wielo zadaniowości.

Zresztą, ten syndrom uciekiniera towarzyszył mi na każdym kroku. Nawet na własny ślub ubrałam trampki. Nie żeby być "tą śmieszną", tylko miałam konkretny plan: jeśli w ostatniej chwili zmienię zdanie, to po prostu wybiegnę. Mój Mąż o tym wie, natomiast jemu też kazałam ubrać sportowe buty, żeby dać mu ewentualną możliwość dogonienia mnie, kiedy będę uciekać z tego kobierca. Psychologicznie buty były synonimem równych szans. Natomiast realnie, zawsze był ode mnie szybszy, więc nawet jakby przyszło mi wiać, i tak by się znalazł przede mną.

To wszystko uczy jednego. Widzę w swoim życiu pewną żelazną ciągłość: kiedy wszystko wokół się wali, pali i dosłownie rozpada na atomy, ja staję, otrzepuję kolana i mówię: "nic mi nie jest". Dokładnie taki stan przechodziłam cztery lata temu, kiedy okazało się, że choruję przewlekle na stwardnienie rozsiane. Wyglądało to mówiąc delikatnie średnio, Mama patrzyła na mnie z przerażeniem, a ja z uporem maniaka powtarzałam, że dam radę i nic mi nie jest (chociaż widać było, że jest zupełnie odwrotnie). I choćby skały srały jogurtem szejkowca z gór, postawiłam na swoim.

W efekcie ten mój upór potrafi podnieść mnie z absolutnego pogorzeliska. I nie sądzę bynajmniej, żeby to chorobowe załamanie było ostatnim w moim życiu. Znam swój rytm – wiem, że jeszcze nie raz przyjdzie mi zbierać pył z różnych ruin i układać go na nowo po swojemu. Jest wiele zmiennych w moim życiu, a największą stałą jest to, że od czasu do czasu muszę odradzać się z popiołów i budować od zera. 

Czy to, że dorastałam w stresującym chaosie, dało mi siłę, by przetrwać diagnozę SM? A może to wszystko to po prostu jakaś przewrotna cena za moje drugie życie po śmierci klinicznej, którą mam za sobą?

Jestem ciekawa życia, więc zadaje sobie te pytania, a równocześnie potrafię potraktować je jak ciekawy eksperyment i stanąć z boku różnych wydarzeń. Studiowałam filozofię przez pięć lat i nic mnie tak nie drażniło jak siedzenie na tyłku, bezużyteczne teoretyzowanie i udawanie wielkiej elity na auli, gdzie wykładowca mówi do trzech osób. Filozofia ma dla mnie sens tylko wtedy, kiedy ma swój twardy, praktyczny wymiar.

A praktyka jest taka: muszę wreszcie nauczyć swój układ nerwowy, że chaos to nie jest poczucie bezpieczeństwa – chaos to po prostu coś, co znam. Dlatego wciąż lgnę do zmian i potrafię w minutę osiem wywrócić do góry nogami życie swoje i cudze. I jest mi jakoś tak lepiej ze świadomością, że zaczęłam to dostrzegać, bo mogę to po prostu zmienić. I nie piszę tego z jakichś pamiętnikowych pobudek, myślę, że jest wiele osób z podobnymi wyzwaniami - i może akurat trafię na taką, której po prostu zrobi się lżej po przeczytaniu tego tekstu. 

Mogę dalej realizować swoje wariacje, ale widząc te wszystkie mikrociśnienia, które każą mi wkładać kij w mrowisko „żeby się działo”, wreszcie wiem, skąd to się bierze. I wielką siłę daje świadomość, że to naprawdę da się zmienić.

📖 Chcesz zgłębić temat?

Sprawdź książkę, która idealnie dopełnia ten wpis i pomoże Ci poukładać Twoje codzienne wyzwania:

Zobacz książkę

Komentarze

Wybrane dla Ciebie

Copyright © Monika Pawelec