TRYB JASNY/CIEMNY

Choćby skały srały, czyli górski ósmy krąg piekła

Choćby skały srały, czyli górski ósmy krąg piekła

Choćby skały srały, czyli górski ósmy krąg piekła

Z zapisków na Gripexie, czyli jak przeżyć jaskiniową cofkę i borówkową katastrofę
Niebieska góra szlak Chojnik

Są takie momenty w życiu, kiedy człowiek uświadamia sobie, że ewolucja dała nam kciuki i wyprostowaną postawę ciała tylko po to, żebyśmy mogli w cywilizowany sposób zapłacić za bilet powrotny do cywilizacji. Siedzę właśnie z potwornie bolącą, oparzoną nogą, słuchając, jak ludzie obok z pasją godną lepszej sprawy obgadują jakiegoś kiepskiego ortopedę i ze szczegółami analizują stan nogi babeczki z pokoju obok. I myślę sobie: po co mi to było?

Doceniam komunikację miejską i bliskość wszystkiego w Gdańsku. W moim rodzinnym mieście świat jest przewidywalny, płaski i skomunikowany autobusami. Tymczasem tutaj? Wszędzie pod górkę. Górscy ludzie to w ogóle jest zupełnie inny gatunek człowieka. Wszyscy mają tak zrobione łydy, jakby od urodzenia trenowali do maratonu po ruchomych schodach jeżdżących wyłącznie w górę. No i ciężko się dziwić, skoro nawet wyjście po bułki wymaga tam kondycji Szerpy. Najgorsze są lokalne staruszki. Taka babcia 80+ może się w całej reszcie dygać, ledwo stać na wietrze i sprawiać wrażenie, że zaraz zdmuchnie ją silniejszy podmuch, ale łydy ma tak mocne, że mogłaby nimi kruszyć beton.

Ja tymczasem każdy wyjazd w góry traktuję jak wezwanie do natychmiastowego przeziębienia od klimatyzacji. W efekcie jadę w górskie szlaki na Gripexie, którego podstawowy problem polega na tym, że przesuwa problem w czasie, a nie go rozwiązuje. Hamujesz objawy, idziesz dalej i udajesz, że wszystko jest w porządku, podczas gdy organizm powoli wystawia rachunek. Myślałam o tym, żeby zabrać ze sobą bańki – są nieocenione, odkąd nauczyłam się je stawiać – ale że na myśleniu się skończyło, to nie mam baniek ze sobą. Zostałam sam na sam z chemią, niedziałającym układem odpornościowym i złudzeniami.

Etyka wróżbiarska i borówkowy stoperan

Zanurzając się głębiej w ten specyficzny mikroklimat, człowiek musi zderzyć się z lokalnym folklorem biznesowym. U podnóża Chojnika próbował mnie zagiąć wróżbita, oferując tarota. Spojrzałam na niego bez cienia lęku i rzuciłam krótko, że też mu mogę postawić tarota, bo też potrafię. Chwilę później, zamiast przepowiadania przyszłości z kart, utknęliśmy w głębokiej dyskusji o etyce wróżbiarskiej i jej kompletnym braku w warunkach komercyjno-turystycznych. Wyłożyłam mu kawę na ławę: dlaczego stawiam tarota wyłącznie kumpelom, a randomowym ludziom na szlaku za nic w świecie bym tego nie zrobiła.

Obok wróżbity stacjonował jeszcze jeden mistrzu – lokalny król szejków mlecznych. Gość w 37-stopniowym upale, pod samą górą, kręcił koktajle z borówkami. Jeden rzut oka na te warunki sanitarne wystarczył, żeby wiedzieć, że po przełknięciu tego specyfiku jedno opakowanie stoperanu to byłoby zdecydowanie za mało. Sraczka murowana. Ale okej... Facet miał jakiś pomysł na biznes, choć pewnie gdyby wjechał tam sanepid, błyskawicznie zmieniłby zdanie co do swojej przedsiębiorczości.

Prawdziwy dramat zaczął się jednak, kiedy posłuchałam złotej rady wspomnianego wróżbity. Spojrzał na podejście i rzucił lekko: „Wejdzie pani tą szczeliną i będzie super”. Jeśli ten facet tak samo wróży z kart, jak radzi zagubionym turystom na szlaku, to kiszka i mogiła.

Gdy skały odmawiają współpracy

Wcisnęłam się w tę cholerną szczelinę górską. Ciemno, ciasno, zero światła, sytuacja w której trzeba było świecić przed sobą latarkami z telefonów i podciągać się na samych rękach. Wtedy właśnie to słynne, polskie powiedzenie "choćby skały srały" nabrało dla mnie zupełnie nowego, namacalnego i dosłownego znaczenia.

Skały się oczywiście nie zesrały. Za to do mnie dotarło z pełną mocą, że jestem absolutnie powalona, skoro w ogóle tam wlazłam. I jeszcze bardziej byłam powalona, bo przez krótką chwilę naprawdę naiwnie myślałam, że tamtędy wyjdę.

Nie było wyjścia, czekała mnie obowiązkowa, upokarzająca cofka na wstecznym biegu w absolutnej ciemności. Na dole okazało się oczywiście, że na ten cały Chojnik da się wejść zupełnie inaczej, normalną, szeroką drogą – po prostu był wybór, o którym nikt nie raczył wspomnieć. Moja oparzona noga potwornie oberwała podczas tej całej jaskiniowej akcji, ale ostatecznie przeżyłam tę sytuację.

W górach zawsze tak jest. Wystawiamy swój układ nerwowy na idiotyczne próby, niejednokrotnie osiągając ósmy krąg piekła – dokładnie tak ktoś w opiniach na Google opisał pobliskie Termy Cieplickie, więc z góry bardzo serdecznie podziękuję za taki relaks.

Boże, nie wiem, jak mi się to udało

Życie to nie jest wieczny, wyreżyserowany uśmiech z instagramowego folderu reklamowego biura profesjonalnych podróży. Życie to także bezsensowne, uparte przechodzenie przez ten nasz mały, prywatny ósmy krąg piekieł na własne życzenie, ignorując zdrowy rozsądek i znaki ostrzegawcze.

Ale robimy to wszystko po to, żeby wieczorkiem usiąść w bezpiecznym pokoju, odciąć się od opowieści o kiepskich ortopedach, napić się ciepłej kawy i stwierdzić z głęboką, absolutną ulgą: Boże, nie wiem, jak mi się to udało. Ale się udało.

Czy moje plecy istnieją?
Jeżeli Twoje ciało po powrocie z gór również wysyła Ci sygnały alarmowe, a kręgosłup pyta o sens istnienia – sprawdź moją najnowszą publikację.
Dowiedz się więcej

Komentarze

Wybrane dla Ciebie

Copyright © Monika Pawelec