Dlaczego uwielbiam, kiedy góry łamią mi kręgosłup moralny
Dlaczego uwielbiam, kiedy góry łamią mi kręgosłup moralny
Świat oszalał na punkcie optymalizacji. Masz być maszyną fitnessu, sprawnym trybikiem, który połyka kilometry na bieżni z miną człowieka, który właśnie doznał oświecenia, a nie zawału. Masz kontrolować tętno, wydolność i poziom zadowolenia z życia.
A potem nadchodzi lato. Wymykasz się z tej idealnej, klimatyzowanej klatki, zostawiasz w domu suszarkę do włosów, bo przy tych temperaturach i tak wyschną w trzy minuty, i ruszasz w góry. Głównie dlatego, że lubisz zapuszczać się w głębiny Polski. I wtedy zaczyna się zabawa. Bo góry mają jedną, cudowną właściwość: głęboko w nosie mają Twój rekreacyjny stosunek do sportu.
Czy można wyjść ze strefy komfortu bez certyfikatu trenera personalnego?
Nie mam natury górskiej kozicy. Moja wydolność bywa mocno dyskusyjna, a sportowe romanse zazwyczaj kończyły się szybciej niż zaczynały. Siłka? Znudziła się. Pole dance? Przyjemna, ale krótka chwila. Taniec towarzyski? Wolę izolacje taneczne, gdzie przychodzisz, instruktorka milczy, a całość osadza się na czuciu i wspólnej harmonii. Najdłużej ostał się basen, bo pływać mogę bez końca, i joga. Ale szlak to nie mata do jogi. Szlak nie pyta, czy masz dziś gorszy dzień.
Wszystko zaczęło się od bomby w 2016 roku. Podejście pod Gęsią Szyję albo inną Sarnią Skałę w pełnym słońcu. Należę do osób, które łzy chowają głęboko do kieszeni. Nie płaczę przy ludziach, zwłaszcza przy tych, przy których pękać absolutnie nie chcę. A wtedy pękłam. Rozpłakałam się na szlaku, koncertowo opuszczając swoją strefę komfortu z ryczącym w głowie komunikatem:
"Jesteś w głębokiej dupie. Nie masz siły, żeby pójść dalej. Nie masz siły, żeby się cofnąć."
I w tym właśnie tkwi cały urok. Współczesny marketing wmawia nam, że każde wyzwanie ma być „przygodą z uśmiechem na ustach”. Masz zdobywać szczyty z nienagannym makijażem i wrzucać fotki z hasztagiem #NoLimits. Gówno prawda. Prawdziwe przekraczanie granic nie pachnie perfumami, tylko filtrem UV zmieszanym z potem.
Po co komu litry potu, żeby zacząć dostrzegać człowieka?
Zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego na co dzień mijamy się w miastach z kamiennymi twarzami, udając, że przestrzeń wokół nas jest pusta? Dlaczego potrzebujemy ekstremalnego zmęczenia, upału i spalonych słońcem karków, żeby zacząć widzieć siebie nawzajem?
Na szlaku, kiedy ledwo dyszysz, a Twoje nogi przypominają zrobione z waty filary, nagle słyszysz zwykłe, rzucone prosto w twarz „Dzień dobry”. I to jedno, spocone, zasapane słowo od obcego człowieka potrafi dodać więcej siły niż jakikolwiek motywacyjny cytat z LinkedIna. Grodzimy się płotami, a wystarczy wejść na tysiąc metrów nad poziomem morza, żeby przypomnieć sobie o istnieniu podstawowej ludzkiej solidarności.
Góry łamią. Za każdym jednym razem. Żadne podejście – od Kasprowego po mały Chojnik – nie było dla mnie łatwe. Zawsze docieram do swoich granic i przełykam własne łzy. Ale wracam tam. Wracam, żeby dostać ten egzystencjalny łomot i przekonać się, że jestem mocniejsza, niż myślałam.
Czasem trzeba pęknąć, żeby ułożyć się na nowo. Nie potrzebujemy kolejnych aplikacji do mierzenia sukcesu ani ustrukturyzowanych planów treningowych. Potrzebujemy momentów, w których świat zmusza nas do kapitulacji, bo dopiero wtedy, bezradni i odarci z pozorów, zaczynamy słuchać samych siebie. I okazuje się, że ta intuicja, choć zasapana, doskonale wie, dokąd idziemy. Wszyscy jesteśmy silniejsi, niż nam się wydaje – po prostu rzadko dajemy sobie szansę, żeby góry nas porządnie złamały.

Komentarze
Prześlij komentarz