TRYB JASNY/CIEMNY
Grające garnki i spoceni Norwegowie

Grające garnki i spoceni Norwegowie

O szafie, która mieści nasze urojenia i urojonych lękach na szlakach

Oglądam mecz Wybrzeża Kości Słoniowej z Norwegią. Nie znam się na tym totalnie, ale jedna rzecz uderza mnie od razu: ci faceci bez przerwy się obmacują. Tulą się, łapią za koszulki, wymieniają uściski o intensywności, która w normalnych warunkach wymagałaby co najmniej spisania intercyzy. A sędzia? Sędzia patrzy na to z absolutną obojętnością. Zero reakcji na te wzajemne, czułe uściski.

I nagle, patrząc na ten festiwal męskiej bliskości, odpalił mi się wehikuł czasu. Przypomniałam sobie szkolną wycieczkę do Niemiec podczas mundialu. Mieliśmy oglądać mecz Polaków z gospodarzami w rdzennie niemieckim barze, a ja byłam autentycznie przerażona. Moja nastoletnia głowa, świeżo po lekturze Dzieci z Dworca Zoo, doprawiona obserwacją tego, co dzieje się na trasie Gdańsk – Gdynia po meczach Lechii z Arką, wygenerowała w tamtym momencie czysty, patologiczny film grozy. Byłam święcie przekonana, że gdy tylko przekroczymy próg tego baru, dostaniemy natychmiastowy, profilaktyczny łomot za sam paszport w kieszeni.

Rzeczywistość okazała się jednak całkiem cywilizowana, wręcz boleśnie bezpieczna i zwyczajna. Nikt nas nie pobił, nikt nawet krzywo nie spojrzał.

Handpan
Magiczny, grający garnek za miliony monet, który tak łatwo uwięzić w szafie.

Wielka iluzja ostrych szczytów

Mamy przedziwną tendencję do nadawania rzeczom i wydarzeniom dramaturgii, której one po prostu nie posiadają. Dokładnie tak samo było dzisiaj z Ostrą Małą. Wchodziłam na nią z nastawieniem na ekstremalną przeprawę, a okazała się całkiem łagodna – na pewno nie tak ostra jak Chojnik. W przypadku Chojnika spokojnie można by było „o” podmienić na „u” i nazwa stałaby się wreszcie adekwatna do tego rzeźnickiego podejścia.

Dzień ogólnie na plus, głównie przez kopalnię i specyficzny, dziwny humor przewodnika. Facet nie wywoływał może tyle śmiechu, ile sam by sobie życzył, i gdyby się dłużej nad tym zastanowić, był momentami nieco irytujący. Plusował jednak dredami i fizjonomią, która błyskawicznie przypomniała mi moich znajomych ze studiów – a zwłaszcza takich dwóch, którzy przez cały rok akademicki uparcie chodzili w szarawarach.

Cmentarzysko za cztery i pół tysiąca

Z kolei w Jeleniej Górze minęłam faceta grającego na handpanie. Wizualnie był niesamowicie podobny do mojego znajomego, J. Ale wiem jedno: gdyby prawdziwy J. stanął tam obok i miał ocenić tego ulicznego grajka własną szkołą muzyczną i słuchem – oceniłby go bezlitośnie źle.

Niewiele brakowało, a jakieś trzy lata temu byłabym dokładnie w tym samym miejscu, co ten facet. Byłam prawdziwie napalona na handpany (tak, Malte Marten też miał w tym swój udział, ze swoim hipnotyzującym kanałem na YouTube – i tak, on też jest wizualnie podobny do J. Co ciekawe moja Babkum ma u siebie ekscentryczną figurkę mnicha z Pcimia i on też wygląda jak J.). Byłam wtedy gotowa wywalić 4,5 tysiąca złotych na ten grający garnek. Jak to by się skończyło? Tak jak zwykle.

Czy kupujesz instrument, czy tylko wyobrażenie o sobie jako o wolnym duchu grającym na garnku w Jeleniej Górze? Dlaczego tak łatwo przychodzi nam kupowanie pasji, w które sami do końca nie wierzymy?

Mój handpan wylądowałby na dnie szafy. Tej konkretnej szafy, która mieści wszystkie moje zapomniane hobby, nagłe porywy słomianego zapału i różne dziwne rzeczy, o których wolałabym już nie pamiętać. Kupujemy przedmioty, bo wydaje nam się, że w ten sposób natychmiastowo kupujemy nową, lepszą, bardziej artystyczną wersję samych siebie. A potem ta nowa tożsamość kurzy się między zimowymi kurtkami a starym mikserem.

Kompleks blondyna z Norwegii

Właśnie Erling Haaland strzelił gola dla Norwegii. Nigdy nie byłam fanką blondynów – jedynym i bezdyskusyjnym wyjątkiem od tej reguły pozostaje Jax Teller z Sons of Anarchy – ale chyba częściowo zaczynam rozumieć masowy kult tego faceta. Chłopak jest w wieku mojej najbliższej psiapsi, a ma na koncie już tyle spektakularnych sukcesów, że aż wstyd przy nim wymieniać własne osiągnięcia z ostatniego tygodnia.

I to jest kolejna pułapka, w którą tak chętnie wpadamy. Porównujemy swoje codzienne kulisy – pełne irytujących przewodników, czerstwych żartów, potknięć na szlakach i porzuconych instrumentów w szafie – z czyimś wyreżyserowanym, oświetlonym stadionowymi jupiterami finale.

Świat rzadko bywa taki, jakim go sobie projektujemy w głowie. Niemieckie bary okazują się cywilizowane, ostre góry bywają łagodnymi spacerami, uliczni muzycy fałszują, a faceci na boisku częściej wymieniają uściski, niż serwują sobie agresję. Nasza własna, lekko neurotyczna rzeczywistość jest o wiele bardziej oswojona, niż podpowiadają nam wspomnienia z lektur z dzieciństwa.

Komentarze

Wybrane dla Ciebie

Copyright © Monika Pawelec