Kiedy telefon z pracy staje się zagadką kwantową, czyli dlaczego wtorki nie negocjują warunków
Kiedy telefon z pracy staje się zagadką kwantową, czyli dlaczego wtorki nie negocjują warunków
Kto wpadł na genialny pomysł, że relacje zawodowe potrzebują stałego abonamentu, a dziki w betonowej dżungli to tylko niewinne misie z nadwagą?
Dzisiaj zadzwonił do mnie facet z pracy. No, powiedzmy, że z pracy – tak czy inaczej, sytuacja ma charakter okołoroboczy. I najpierw z całą powagą oświadcza, że będzie do mnie dzwonił raz w tygodniu, a dopiero chwilę później pyta: czy się zgadzam?
Odpowiadam z całą gamą swojej tradycyjnej wylewności: no dobra, zgadzam się, ale w sumie po co?
I w tym momencie wybucha takim gromkim, szczerym śmiechem, że mój wewnętrzny autograf taktu zaczął się palić żywym ogniem. Bo generalnie, kiedy jestem czymś zajęta – a przeważnie jestem – nie posiadam za grosz wyczucia konwencjonalnych układów. Prawdopodobnie przekroczyłam jakieś granice, o których istnieniu nawet nie wiedziałam. Ale skoro się zaśmiał, to chyba go rozśmieszyłam, chociaż celów komediowych w planie dnia zdecydowanie nie miałam.
Oczywiście finał musiał być filmowy: sama musiałam do niego zadzwonić jeszcze przed upływem tego magicznego, tygodniowego terminu, bo nagle pojawiło się konkretne pytanie. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że od razu pamiętał, z kim rozmawia. Podejrzewam, że moja metoda brutalnej szczerości ryje w pamięci trwałe ślady.
Ale wszechświat uznał, że jedna dawka absurdu to za mało na jeden dzień, więc postanowił dorzucić do pieca faunę.
Odprowadziłam Syna na półkolonie i wracam. Pieszo. Stwierdziłam: a, przejdę się parkiem, w końcu to takie fajne. Bardzo lubię chodzić parkiem – to w zasadzie jedyna namiastka wakacji w te dni, kiedy przez większość czasu siedzę przed komputerem i klepię to, co ma być wyklepane.
Idę sobie, rozmawiam z mamą przez telefon, sielanka pełną gębą.
Odwracam się, a po mojej lewej stronie, dosłownie na wyciągnięcie ręki, stoi ogromny dzik.
Szok? Delikatnie powiedziane. W tym parku dziki pojawiają się mniej więcej tak często, jak sensowne logicznie maile od zarządu. Byliśmy tak blisko, że teoretycznie mogłam pyknąć sobie z nim selfie do rodzinnego albumu. Pytanie tylko, czy szedł solo, czy może reanimował w krzakach jakąś zorganizowaną grupę przedszkolną.
Podjęłam więc jedyną słuszną decyzję taktyczną: postanowiłam czmychnąć po cichutku, nie zwracając na siebie niczyjej uwagi.
Udało się. Wycofałam się z gracją agenta specjalnego, ale ten dzik totalnie wybił mnie z rytmu. Człowiek próbuje ogarnąć rzeczywistość, logistykę, telefony od znajomych z pracy, a tu nagle dzika przyroda robi mu weryfikację refleksu w środku dnia.
📌 Czy cykliczne telefony bez powodu to nowa forma testu na cierpliwość, czy po prostu standardowy wtorek w biurze? I czy miejskie dziki to nowi doradcy życiowi, którzy patrzą na nas z wyrzutem, bo my wciąż siedzimy przed tymi nieszczęsnymi ekranami?
✏️ Sięgnij po więcej absurdów rzeczywistości
Jeśli ten mechanizm przetrwania brzmi znajomo, sprawdź książkę, w której fikcja nie nadąża za życiem.
Absurdalne Przygody Damiana Dętki
Komentarze
Prześlij komentarz