TRYB JASNY/CIEMNY

Szalone 4,5 tygodnia i kilka innych nie-tak-bardzo-delulu przemyśleń

Szalone 4,5 tygodnia…

Dokładnie wtedy zaczęło się moje chorowanie na zatoki i brak snu. Zatoki, jak zatoki – każdy jakieś ma. Ale jeśli jesteś osobą przewlekle chorą to ten mikroproblem może urosnąć do skali makro. A jeszcze do tego, jak dostaniesz źle dobrane leki, w wyniku których odczujesz, że masz serce… to rzeczywiście idzie się przestraszyć.

Ale dobra, było – prawie minęło – ale mam nadzieję, że zupełnie. Nieważne, ważne, że mam serce i to widać na swoim miejscu, choć są momenty, kiedy szczerze w to wątpię. Chyba, że mówimy o macierzyństwie, tu serce zawsze jest dokładnie na miejscu.

📌 Szalone tygodnie

Strój galowy i wyjebongo

Tydzień za tygodniem od września leci jak w formule jeden i mam wrażenie, że zaraz będzie koniec roku szkolnego. A ja nie zdążę wyprać stroju galowego z początku roku, bo nie tak często piorę „białe”. Każda matka chłopca wie, że białe ubrania dla aktywnego ośmiolatka to po prostu nieporozumienie. Jeśli masz się denerwować, że nie możesz doprać białych skarpet, czy koszulek – to wyeliminuj garderobę w tym kolorze.

Tak też zrobiłam, więc czasami budzę się za pięć dwunasta z tematem „Boże, czy ten strój galowy jest jeszcze dobry”. Raz okazało się, że nie, więc miałam szybką akcję około-sąsiedzką, zakończoną sukcesem.

A. powiedziała kiedyś: „Ty masz takich ciekawych znajomych, skąd Ty bierzesz tych ludzi?”.

Przeważnie znajdują się sami, w różnych momentach mojego życia. Ciekawi rzeczywiście są, ale czasami poziom odklejki sięga zbyt wysoko. A trzeba przyznać, że zawsze miałam barwnych ludzi wokół siebie, do pewnego stopnia dziwnych – co na dłuższą metę jest interesujące, bo przynajmniej nigdy nudno nie było.

Są takie momenty w moim życiu, nawet teraz jestem w jednym z nich, kiedy zwyczajnie przygniata mnie rutyna – i wtedy faktycznie mam wrażenie, że się nic się już w moim życiu nie wydarzy, poza obowiązkami, natomiast zwykle to jest nieprawda. Ale teraz pozwalam sobie na taki nastrój i wszędobylskie wyjebongo – jeśli nic ciekawego już się nie wydarzy – trudno. Jeśli jednak, fajnie.

„Haha miałam wypadek”

A. wspomniała o znajomych, a J. wysłała mi wczoraj wiadomość o treści „haha miałam wypadek samochodowy lekki”. I teraz dostajesz taką wiadomość i sobie wyobraź, jakie możesz mieć w tym momencie myśli. Moje były takie: „czy wszystko ok pod kopułą, jeśli się z tego śmiejesz”. Zdawkowo bo zdawkowo, ale wypytałam i wyszło na to, że nikt nie ucierpiał, więc OK.

Jechałam z J. tylko raz, ale od razu dołączyła na listę osób, z którymi nigdy nie wsiądę już więcej do auta. A są na niej dwie osoby, mój teść Tokyo Drift i właśnie ona. Kiedy mój dziadek jeszcze żył, też był na tej liście. A z J. wsiadasz do auta i masz wrażenie, że ona nie wie, co robi i żadna z Was do końca nie wie, co się dalej wydarzy. Mało tego, J. sobie świetnie zdaje z tego sprawę. 

No więc J. jest beznadziejna w pisaniu, więc dostaję od niej wiadomość i totalnie nic nie rozumiem. Muszę dopytywać. Pamiętam, jak były czasy telefonów stacjonarnych i dzwoniłam do J., to też ja musiałam ciągnąć rozmowę. Bo jak J. dostaje do ręki dowolne urządzenie, to traci wszystkie umiejętności społeczne.

Wieczorem odpadłam przez zatoki i rano czytam wiadomość od J. o tym, że jest roztrzęsiona. Więc rozkminiam, czy coś jeszcze się stało? Czy może to była pomocowa wiadomość? Czy miałam zareagować wcześniej? Generalnie mój schorowany układ nerwowy, już jest w napięciu, no bo… WTF, mówisz mi półsłówkami, że coś się stało i ja się muszę teraz domyślać o co chodzi z 8-9 słów, które mówią tyle co nic. Więc albo mi mów, albo mi nie mów. A jak mówisz, to mów tak, żebym wiedziała, o co chodzi. 

Otwór gębowy i brak domyślania się

Po latach uważam, że jestem kiepska w relacje. Nie wiem, czy moi znajomi myślą tak samo. Ale rzeczywiście jeśli ktoś nie potrafi powiedzieć „jak krowie na rowie”, co się właściwie dzieje i w czym jestem/czy nie jestem potrzebna, to z mojej strony nie wydarzy się nic, poza tym, że będę się irytować, że ktoś mi wysyła komunikaty, których nie rozumiem. Albo komunikaty, które nie mają finału. Z tego tytułu w moim życiu dość szybko kończyły się przyjaźnie oparte na tym, że ja się miałam czegoś domyślać. Jestem całkowicie pozbawiona chęci domyślania się czegokolwiek, jeśli po drugiej stronie jest drugi dorosły człowiek. Więc każda taka akcja z moim udziałem, jest z góry skazana na niepowodzenie. Jest to dla mnie wysiłek, do którego nie jestem w stanie nawet zmusić się, żeby go podjąć. 

Zawsze mam takie założenie, że po to mamy otwór gębowy, by go jednak użyć. Co bywa błędnym założeniem, bo całkiem spora część ludzkości, nawet ta dorosła ma z tym faktem jakiś niewiarygodny problem. Z tego powodu, grono moich znajomych zawsze było dość skromne, tkanka zmienna, ale równocześnie wielobarwna.  Kiedyś męczyła mnie zmienność tkanki, dzisiaj rozumiem, że niektóre książki kończą się i czasem nie ma kolejnej części, a mimo to, można cieszyć się tym, co było dobre.

Przykładowo, jeśli ktoś mówi „musimy się spotkać”, to jest to dla mnie taki sam frazes, jak „ładna pogoda” dopóki ta osoba nie zerknie w kalendarz i do spotkania faktycznie nie dojdzie. Kiedy z J. spotkałyśmy się po latach, co sama zaproponowała, dopóki data nie padła, nie wiedziałam, czy to frazes, czy nie. Okazało się, że nie, więc spotkałyśmy się i było zabawnie, tak samo, jak zawsze. Chociaż minęło 20 lat! I te dziewczynki-kumpelki z podstawówki, już po trzydziestce i z większą samoświadomością.

Mam kilka takich relacji w życiu, których nie rozumiem. Ale już zdejmuję z siebie ciężar rozumienia wszystkiego (no prawie, staram się), dlatego, że są niejednoznaczne. Na poziomie small-talku wszystko gra – ale na poziomie głębszym, totalnie nie wiem, gdzie kończy się żart, a zaczyna rzeczywistość. I w zasadzie nie mam pojęcia, czy ten głębszy poziom jest, czy to jednak iluzoryczna powierzchnia owiana wiatrem przeszłości. Więc daję im być takimi, jakimi są i patrzę. Czasami oczom nie wierzę, innym razem, jednak wierzę. Tak, czy inaczej, bywa dziwnie.

Faza przesytu Delulu

Nie sądziłam, że do tego dojdzie. Ale właśnie nie tak dawno temu poziom delulu przerósł nawet mnie, więc odsubskrybowałam całą masę różnych kanałów na YT. I zdecydowanie zmęczyły mnie treści, w których albo autorzy pokazują mi, co jest w moim życiu nie tak, albo zwyczajnie podpowiadają mi milion pięćset czynności, które powinnam wykonywać, żeby w końcu było tak. Więc stwierdziłam, że nieważne. Bo rzeczywiście, gdybym miała te wszystkie rady stosować to nie starczyłoby mi życia i zdolności psychicznych. Więc sezon wyjebongo jest ołpen, podobnie jak komnata tajemnic i jesień. 

W myśl Vadima Zelanda, który również jest delulu ale w sposób pragmatyczny nieco bardziej niż większość delulu światka – nie ma sensu przydawać rzeczom i sprawom więcej ważności, niż mają w rzeczywistości, więc… NIEWAŻNE. Chociaż umówmy się, Zeland też nic nowego nie wymyślił, ponieważ brzytwa Ockhama cięła byty na długo przed nim. I nie jest to bynajmniej nowy pomysł.

Upadłam pod serią filmików od E., już ich nie jestem w stanie przetworzyć. Za dużo contentu. Z drugiej strony, E. przeżyła już tyle, że ma do tego święte prawo, by myśleć, jak myśli, wierzyć, w co tylko zapragnie i chcieć naprawiać świat po swojemu. Ja w jej wieku, również będę odklejona, choć zapewne z zupełnie innych powodów. Jednak, gdyby chcieć słuchać wszystkich tych doradców, to rzeczywiście można się nabawić zaburzeń lękowych i pierdolca na każdy możliwy temat. Sądziłam, że moja głowa pomieści wiele. Ostatnio wybieram jednak pragmatyzm, sudoku, murdoku i segregowanie rzeczy w szafkach. Wypiekam dużo ciastek, czytam "Klarę" Izabeli Kuny, celebruję pustkę, wygaszam emocje i przez to czuję się pewnie tak, jak Nietzche na każdym  zdjęciu (jak chcesz, to sobie wygooglaj). I nie myślę o tym, kiedy mi to minie, bo na razie po prostu nie mija. Na tym etapie wszystkie siły wyższe, uniesienia i wzdechy, drażnią mnie wręcz geriatrycznie i nie umiem nawet powiedzieć dlaczego. To jest dokładnie ten moment, w którym przetkanie rury Kretem cieszy bardziej niż wielkie filozofie, celebry i wezwania do niebios. Dobrze mi na nizinach, dopóki nie stwierdzę, że jednak mi źle. 

✏️

Zmagasz się z ograniczeniami ciała lub przewlekłymi tematami?

Sprawdź moją książkę „Czy moje plecy istnieją?” – autentyczną, słodko-gorzką perspektywę o konfrontacji z własnym organizmem i szukaniu równowagi bez lukrowania rzeczywistości.

Zobacz moje książki

Komentarze

Wybrane dla Ciebie

Copyright © Monika Pawelec