Nuda i rutyna? Dajcie mi to natychmiast, bo zaraz oszaleję
Nuda i rutyna? Dajcie mi to natychmiast, bo zaraz oszaleję.
To niesamowite, jak perspektywa potrafi wywrócić cały Twój światopogląd do góry nogami. Z wiekiem (i bagażem doświadczeń, który staje się coraz cięższy) zaczynam doceniać to, co kiedyś uważałam za definicję porażki.
Stagnacja. Brak zmian. Brzmi okropnie?
To wyobraź sobie spotkanie ze starą znajomą. Klasyczne „co słychać?”. Ty rzucasz swoje lakoniczne: „u mnie bez zmian”, a w odpowiedzi dostajesz potok opowieści o trudnym rozwodzie, problemach finansowych i życiowych zakrętach.
To był ten moment. Jak usłyszałam tę historię pierwszy raz pomyślałam: brak zmian może być naprawdę czymś dobrym. Wszystko zależy od tego, z czym to zestawiasz.
Wrzesień uderzył we mnie z precyzją chirurga.
Zamykanie starych spraw biznesowych (które kurzyły się cierpliwie i czekały na „kiedyś”), gwałtowny powrót do szkoły (wycieczki, ciasta i setki innych mikrospraw, o których mogłabym zapomnieć), To jeszcze nic. W połowie września rozchorowałam się i dopiero teraz wracam do żywych. W międzyczasie – wisienka na torcie – zasłabnięcie w miejscu publicznym.
Uwierzcie mi, dla osoby, która nie znosi zwracać na siebie uwagi (mimo całego mojego ekspresyjnego charakteru), to była sytuacja budząca skrajne zakłopotanie.
To był ten moment. Leżę, a w głowie toczy się podwójny dialog: „ciekawe, czy ona widzi, że ja się źle czuję? Czy to już jest ten moment, że powinnam powiedzieć, że zaraz zejdę?”. Fason trzymany do ostatniej chwili. Odmowa pojechania na SOR (miałam swoje podejrzenia, co się dzieje). Przekonywanie obcych ludzi, że sama to ogarnę.
Trudne? Spróbujcie to zrobić, gdy w grę wchodzi „+ stwardnienie rozsiane”. Ale jestem uparta jak wół. Sądzę, że nawet w piekle mój upór stanowiłby problem dla tamtejszych lokalsów. Oczywiście, ogarnęłam. I nie, nie uciekam w totalne DELULU – od tamtej pory chodzę do lekarzy i sprawdzam wszystko we własnym rytmie. Ale na swoich zasadach.
I tak to mija, dzień po dniu.
Czasami sukcesem jest przeczytanie książki (w końcu! "Klara" Izabeli Kuny – polecam, zwłaszcza po serialu). Czasami sukcesem jest po prostu przetrwanie. Kiedyś bym się za to biczowała. Syndrom „muszę sobie coś udowodnić” był we mnie bardzo silny. Teraz choroba zniszczyła moje plany siłowniowe, ciało jest „do tyłu”, a ja... nagle odkrywam, że nie mam do siebie o to pretensji.
"Wszystko albo nic. Jak masz coś robić byle jak, to nie rób wcale". Ten tekst, który słyszałam od rodziców, wrył mi się w beret. A dzisiaj myślę: jest coś pomiędzy byle jak, a wcale. Czasami naprawdę wystarcza zrobić coś po prostu poprawnie, nawet jeśli wymyka się to totalnie początkowym założeniom.
Chcecie jeszcze więcej absurdów mojego życia?
Napisałam kilkadziesiąt stron nowej książki w gatunku, którego nigdy wcześniej nie ruszałam. Nie dowiecie się o niej tutaj, bo wydaję to pod pseudonimem i będę sprawdzała ten swój docelowy rynek. Ale tęskniłam za tym i cieszę się z powrotu do pisania. Do tego dochodzi storytelling dla mojego Syna – totalnie zmyślone historie, które go bawią do rozpuku, zazwyczaj przed snem. Mówią mi, że powinnam to wydać.
Pytanie tylko: czy świat zniesie ten poziom absurdu? To coś pomiędzy stand-upem a dobrze skrojoną improwizacją. Jeśli się na to zdecyduję, premiera będzie na blogu.
A Ty? Kiedy ostatnio doceniłeś kojącą nudę, zamiast gonić za kolejnym "wyzwaniem"?
Czujesz, że Twoje plecy zaraz pękną od dźwigania codzienności?
Sprawdź moją książkę i zobacz, jak radzić sobie z tym anatomicznym i psychicznym absurdem:
Sprawdź: Czy moje plecy istnieją? →
Komentarze
Prześlij komentarz