Kilka moich lekcji z życia i sowa, która robi "HA PING"
Kilka lekcji z życia z ostatnich lat i garść faktów o tym, jak przestać brać udział w cudzych spektaklach
📌Pomyślałam sobie, że od czasu do czasu warto skrobnąć coś dla tych najbardziej wytrwałych, którzy śledzą mnie od lat. Z jednej strony nie mogę się nadziwić – zasadniczo piszę dlatego, że lubię, i robiłabym to i tak. Niezależnie, czy ktoś by to czytał, czy nie.
Ale jest mi niesamowicie miło, że przez lata wypracowałam sobie takie zasięgi, a przy tym są ludzie, którzy faktycznie chcą poświęcić swój czas i po prostu wypić przy moich tekstach kawę czy herbatę. I bardzo miło mi z tego powodu, że jestem cytowana przez różne osoby – choć przyznam, że do niedawna nie miałam o tym zielonego pojęcia, bo po prostu nie chce mi się tracić czasu na sprawdzanie takich rzeczy.
Skok kwantowy w samą siebie, czyli jak gleba weryfikuje naiwność
Moje ideały na temat życia umierały, odkąd pamiętam. I poniekąd myślę, że to proces, który każdy z nas przechodzi na swój własny, pokręcony sposób. Dla mnie to była piekielnie bolesna szkoła przetrwania.
Bo widzisz: kiedy Twoje ideały przelatują zbyt wysoko, tym większa i bardziej spektakularna jest późniejsza gleba.
Świat lubi równowagę, nawet jeśli z boku wygląda to jak totalny cyrk na kółkach. Odnoszę wrażenie, że rzeczywistość to taki system wahadeł, które muszą się od czasu do czasu gibnąć w jedną albo w drugą stronę, żeby reszta nie spłonęła.
O wiele łatwiej jest przecież zrzucić wszystko na „los” i udawać ofiarę okoliczności.
Jestem wymagająca. I dobrze mi z tym
Odkąd pamiętam, słyszałam, że moje wymagania są z kosmosu. I mogłoby tak być, gdybym od ludzi wymagała więcej niż od samej siebie. Mam w sobie taki pokłady uporu, który dla jednych jest cholernie imponujący, a dla innych – wpieniający do czerwoności.
Kiedyś znajomy rzucił mi w twarz, że robię w ludziach niewygodę. Bo przy takich osobach jak ja, inni nagle, zupełnie organicznie, czują całą masę swoich własnych słabości. A ja jestem święcie przekonana, że każdy jest w stanie podnieść się absolutnie ze wszystkiego, jeśli tylko zamknie twarz i się wreszcie uprze.
Kiedyś miałam misję zbawiania świata. Zwłaszcza najbliższych. Chciałam im wcisnąć tego mojego Złotego Graala na siłę: Słuchaj... To naprawdę może być proste. Oczywiście, że to musiało ich wkurzać. Zwłaszcza tych, którzy z uporem maniaka wolą gnić w tym samym punkcie od dwudziestu lat.
Jeśli ktoś narzeka od dwóch dekad na dokładnie to samo, w ten sam sposób, zwalając winę na zewnętrzną siłę... to znaczy dokładnie tyle, że na jakimś chorym poziomie jest mu w tym narzekaniu po prostu wygodnie. To jego sposób na życie i żebranie o uwagę. Wiele czasu mi zajęło zrozumienie, że te osoby wcale nie chcą żadnej pomocy. I choćby skały srały – nie uratujesz kogoś, kto w głębi duszy uważa zatracenie za swój dom. To była moja pierwsza, solidna lekcja milczenia.
Od gaduły sikającej po gaciach do nieziemskiej mocy milczenia
Jako dziecko byłam nieznośną gadułą. Wypełniałam swoje lęki potokiem słów, przez co w podstawówce wszyscy myśleli, że jestem nieustraszoną szefową, dla której występy przed całą szkołą to bułka z masłem. Recytowałam wierszyki, stawałam na scenie – nie dlatego, że chciałam, ale miałam donośny głos. W środku sikałam po gaciach ze stresu, ale im bardziej się trzęsłam, tym bardziej pewnie brzmiałam. Genialny mechanizm obronny.
Lęk przed publicznymi występami odpuścił mi dopiero na studiach, kiedy wreszcie wyobraziłam sobie, że dosłownie nikt mnie nie słucha. I zadziałało, bo w efekcie... słuchali wszyscy. Dzisiaj wolę milczeć, niż produkować zbędne dźwięki. I uważam to za czystą super moc w świecie, w którym każdy uważa się za eksperta od wszystkiego, a przy tym dostaje drgawek, jeśli ktoś śmie mieć inne zdanie. Im mniej mówisz, tym szybciej i wyraźniej widzisz, z kim warto zamienić chociaż zdanie, a od kogo lepiej trzymać się na kilometr. Kiedy zamykasz usta, nagle okazuje się, że widzisz te wszystkie ciche nierównowagi w relacjach, których nie zauważysz, zagłuszając każdą wolną chwilę paplaniną.
Koniec z teatrzykiem ekspresji i durnymi red flagami
Już dawno przestało mnie obchodzić robienie dobrej miny do złej gry w sytuacjach społecznych. Jeśli wiesz, kim jesteś i dlaczego podjąłeś takie a nie inne decyzje, nie musisz na siłę łatać każdej ciszy idiotycznymi żartami. Po prostu siedzisz i obserwujesz ten cyrk – bez presji, żeby wszystko naprawiać „na już”.
Wyleczyłam się też z ekspresji dla samej ekspresji. Wolę, gdy każde słowo ma wreszcie jakiś cel.
Uświadomienie sobie, że Twoje mniemanie o byciu pępkiem świata jest gówno warte, przynosi niesamowitą ulgę. Kłótnie tracą jakikolwiek sens, kiedy spojrzysz na to z lotu ptaka. I chociaż inni będą drzeć koty do upadłego, to Ty decydujesz, komu dajesz klucze do swojego ogrodu, a przed kim zatrzaskujesz furtkę.
Złotouste pieśni i skończone książki
Przerobiłam w życiu wystarczająco dużo złotoustych gawędziarzy, żeby wiedzieć jedno: za potokiem najpiękniejszych słów często nie stoi absolutnie nic. Krasomówstwo bezczelnie rozmywa się tam, gdzie powinno wjechać czyste działanie i pragmatyzm. Obietnice pękają w locie, a wystarczy ich nie składać.
Życiowo, większą wartość ma dla mnie pragmatyzm niż poezja. Lubię rozwiązania, które działają, o wiele bardziej niż wzdechy nad życiem.
Ludzie odchodzą z Twojego życia? Bardzo dobrze. Bo dzięki temu zwalniają fotel dla kogoś, kto naprawdę chce w nim usiąść, a nie tylko udaje pasażera.
A te całe mądrości o „red flagach” serwowane przez internetowych znawców psychologii obu płci? Największa durnota naszych czasów. Aż zęby boleją od tego wszechobecnego bełkotu.
Neuroatypowy podryw i koniec zgadywanek
Nigdy, przenigdy nie czaiłam momentów, kiedy ktoś mnie podrywał – dopóki nie powiedział mi tego dosłownie wprost. Dawno temu jakiś chłopak jechał za mną na motorze przez pół wsi, żeby wziąć numer telefonu, a ja w tym czasie analizowałam w głowie, czy on ma po prostu nierówno pod sufitem, czy zgubił drogę. Brzmi absurdalnie? Może trochę. Teraz ciut więcej do mnie dociera, ale bezpośredniość i pragmatyzm, to wciąż są moje topowe wartości, z którymi już nie dyskutuję (i tę bezpośredniość też muszę wziąć na warsztat w jakimś kolejnym tekście, bo to jest ciekawa cecha, ale już nie dzisiaj, bo technicznie rzecz biorąc jest już jutro - 00:27).
Niedawno słuchałam czegoś o mózgach neuroatypowych, które w określonych sytuacjach społecznych po prostu nie łapią podtekstów. I zaśmiałam się sama do siebie, bo dokładnie w to celuję.
Lata temu całkowicie zwolniłam się z obowiązku domyślania się, co autor miał na myśli. Poniekąd wydaje mi się, że nawet jako dziecko nie byłam w stanie tego zrobić, kiedy dorośli wokół mnie zakładali, że coś jest oczywiste, a ja powinnam się domyślić. Czułam się jak głupek w tych sytuacjach, bo było wymagane ode mnie to domyślanie się, którego ja organicznie nie robię. Masz aparat mowy? To go użyj. Świat się od tego nie zawali, a przynajmniej przeżyjemy to szybciej. Być może milej.
Cieszę się też, że w porę ominął mnie Tinder i inne aplikacje randkowe. Jak słucham relacji znajomych o tym cyrku, to jestem zmęczona od samej narracji. Szkoda mi by było na to choćby sekundy mojego życiowego akumulatora. Pewnie przesunęłabym palcem dwa razy, a potem odinstalowała i poszła raczej w Duolingo. Bo sowa, która robi "HA PING" jest po prostu atrakcyjniejsza i ciekawsza, niż przewijanie ludzi w lewo lub w prawo, a przy tym można się czegoś nauczyć.
Masz dość owijania w bawełnę i szukasz twardego pragmatyzmu?
Koniec z iluzjami. Sprawdź moje książki i bierz z życia to, co konkretne, bez zbędnej litanii żalów:
Sprawdź moje książki ➔
Komentarze
Prześlij komentarz