Wszystkie te błędy, których już nie popełniam. Kilka wniosków po trzydziestce
📌 Wszystkie te błędy, których już nie popełniam. Kilka wniosków po trzydziestce
Zawsze uważałam, że wiek to tylko liczba — i do pewnego stopnia dalej tak uważam. Ale wszystko, co się wydarzyło do tej pory, ukształtowało mnie jako mnie i spowodowało, że myślę tak, jak myślę. I że ze strasznego, niecierpliwego raptusa stałam się kimś, kogo lubię bardziej.
Są ludzie, którzy chcieliby cofać kalendarz. Ja lubię siebie starszą i... jestem ciekawa siebie jeszcze starszej. Mam nadzieję tego doświadczyć.
Ale do rzeczy. Nie będę się użalała ani psychologizowała o traumach, Freudzie i opowiadała o stylach przywiązania — bo rzygać mi się chce tym wszędobylskim żargonem, w którym brakuje zwyczajnie... mądrości.
Dodam też, że totalnie niczego w moim życiu nie żałuję. Choć dzisiaj, znajdując się w tych samych sytuacjach, zachowałabym się już inaczej — wtedy też żyłam w zgodzie sama ze sobą. A nie należę do ludzi, którzy będą się samobiczować, robić z tego show czy publiczną debatę: "jak mi źle, jak mi źle, jak mi szaro".
1. Już nie chodzę bez czapki, kiedy jest zimno. I w dupie mam to, jak wyglądam.
Brzmi jak banał? Rzeczywiście przez większość życia uważałam, że ja i czapka tworzymy wspólne nieporozumienie.
JEDNAK ROZEJM NADSZEDŁ.
Kiedy okazało się, że chodzenie bez czapki po trzydziestce kończy się każdorazowym zapaleniem zatok, śmiercią z bólu głowy i nocnym kaszlem, który też zabija. Zwyczajnie to jest cena, której nie chcę ponosić.
I z tego powodu naprawdę mam gdzieś, czy wyglądam jak gwiazda, czy jak rozgwiazda.
2. Nie wpuszczam do mojego życia ludzi tylko dlatego, że chcą się w nim znaleźć.
Brzmi mało empatycznie? Trudno.
Kiedyś moja chodząca empatia spotykała się z nieustannym brakiem równowagi — czy to w relacjach, czy w ogólnym bilansie energetycznym. Bo rzeczywiście jest coś w powiedzeniu: "dasz palec, a wezmą całą rękę".
Ale jest coś pomiędzy byciem ratownikiem, który ratuje wszystkich, a siebie nie — a człowiekiem, który ma wszystko w dupie. Sądzę, że dzisiaj jestem tym kimś pomiędzy. Podczas gdy kiedyś należałam do ludzi, którym "zależy za bardzo", a "dobra kosztem siebie" było zdecydowanie zbyt dużo.
To, że ktoś chce znaleźć się w Twoim życiu, to jeszcze nie powód, by go do tego życia wpuszczać.
Kiedy powiedziałam dzisiaj mojemu synowi, że wszyscy mnie lubią — on prychnął i rzucił: "Ta, na pewno". A ja mu na to powiedziałam, że na pewno tak — bo blisko siebie i w swoim życiu mam naprawdę tylko takich ludzi.
Na zdrowy rozum: po co mi w otoczeniu taka meduza, która czerpie energię z naszej relacji, żeby obrobić mi tyłek przy pierwszej lepszej okazji?
Ludzie nie zjawiają się w naszym życiu przypadkowo. Zachowują się tak, jak im na to pozwolisz — choćby przez to, jak blisko siebie ich dopuszczasz i z jakiego powodu.
3. Nie zawierzam już wielkim i gwałtownym emocjom. Z nich nigdy nie przychodzi nic dobrego.
Drugą stroną wielkiej ekstazy jest wielki zjazd. Jedno i drugie to skrajność, a skrajności budzą we mnie coś w rodzaju intuicyjnego wstrętu.
I kto wie — być może dlatego różni ludzie próbują umiejscowić moje poglądy polityczne w kategoriach "prawica" lub "lewica". Przedstawiciele obydwu tych stron zawsze są bezdennie przekonani, że ja dokładnie tak samo myślę jak oni. Co tylko pokazuje, jak bezsensowne są dualizmy i szczucie ludzi na siebie nawzajem.
Poza tym z żadnych emocji nie wyszły jeszcze dobre decyzje. Dobre decyzje leżą zupełnie gdzie indziej.
Co jest dla mnie pewną nowością. Organicznie jestem taką osobą, która pali mosty i potrafi jednym cięciem wszystko zmienić. Zniknąć z dnia na dzień i wrócić po dwóch latach, jak gdyby nigdy nic. Z tą różnicą, że jeśli teraz tak robię te decyzje nie wynikają już z wielkich emocji.
4. Nie wpuszczam do swojego domu byle kogo i ludzi, którzy nie szanują pozostałych domowników.
Raz mi się to zdarzyło, bo nie znałam jeszcze dobrze tej osoby, był jakiś względny flow i wydawało się, że sytuacja rokuje. Inny domownik zadał tej osobie pytanie 3 razy — a za każdym razem spotkało się to z ciszą i ignorancją (dodam, że to nie była głucha osoba).
Coś było grubo nie-halo.
Jak łatwo się domyślić, mimo tego, że usłyszałam od tej osoby, że: "mam taki fajny dom" — to był ostatni raz, kiedy ten dom widziała.
A jest taki fajny właśnie dlatego, że byle kto nie zagląda tu z byle powodu. A jeśli ktoś tu przychodzi, to znaczy, że jest faktycznie ważny w moim życiu — a nie, że jest w nim dlatego, że... "miałam czas".
5. To, że mam czas, to jeszcze nie znaczy, że chcę go spędzać z kimś.
Nie należę do ludzi, którzy potrzebują każdą wolną chwilę wypełniać ludźmi. Mam swój krąg i wystarczy.
Poza tym nie nudzę się sama ze sobą. A jeśli mam spotkać się z kimś tylko po to, żeby w czasie tego spotkania myśleć o tym, co mam ochotę porobić w domu — to naprawdę wolę po prostu zostać w domu.
Gdyby nadeszła apokalipsa, wystarczy mi notes i długopis. Jeśli będzie dobra kawa, to już luksus.
6. Już nie gonię. Jeśli coś jest na mojej ścieżce, to i tak się na niej znajdzie bez gonitwy.
Kiedy człowiek goni, totalnie wszystko po drodze mu umyka.
A ja lubię detale. Promienie słońca na parkiecie, na panelach czy gdzieś na drzwiach. Lubię wpatrywać się w okno czasami, zauważać wzory na kawie i niuanse między ludźmi.
Lubię czuć i słyszeć świat — a tego nie da się robić, wiwatując kulturze zapierdolu.
7. Nie jestem już przywiązana do kończenia swoich historii w rozmowie.
O ile jesteśmy w stanie sobie wybierać znajomych, o tyle rodziny nie wybieramy. Ale i w tych relacjach da się wnosić pewną równowagę sobą.
Kiedyś bardzo mi zależało, żeby niektórym osobom opowiedzieć mnie — bo tak bardzo chciałam dać wyraz temu, że chcę, żeby były częścią mojego życia. Ale to jak wkładanie energii w próżnię, jeśli nie spotyka się z ciekawością po drugiej stronie.
Jeśli Ty zadajesz komuś pytania, a on chętnie opowiada o sobie, ale nie zadaje żadnych pogłębionych pytań Tobie — o czymś to mówi.
Albo inna sytuacja: chcesz się zwierzyć ze swojego problemu? Tylko spróbujesz, a ta osoba powie Ci, jakie ma ciężkie życie. I — uwaga, wisienka na torcie — może jeszcze doda, że "zrozumiesz, jak będziesz w jego/jej wieku" czy coś w ten deseń.
I to wystarczy, by zrozumieć, że Twoja perspektywa w ogóle się tu nie liczy. Zwłaszcza jeśli każda Twoja historia kończy się urwaną historią, bo ktoś musi Ci opowiedzieć historię o sobie — którą Ty i tak znasz na pamięć.
Bo to są dokładnie te same frazesy, którymi wycierano fajkę w dwudziestoleciu międzywojennym.
Więc... przestałam kończyć swoje historie w rozmowie z takimi osobami. Daję im mnóstwo przestrzeni do mówienia o samych sobie, przyglądając się temu, co się dalej wydarzy. I czy przyjdzie jakiś moment refleksji, czy jednak nie. Niech to show trwa, skoro już musi. Milczenie naprawdę jest złotem i bardzo często... mądrym wyborem.
Jeśli kogoś interesuje tylko on sam, to naprawdę Twoje detaliczne opowiadanie nic tu nie zmieni. Jeśli kogoś interesuje coś więcej, niż Twoja zewnętrzna powłoka, to sam będzie zadawał pytania.
8. Nie jestem już przywiązana do jakiejś wizji siebie.
Kiedyś mi się wydawało, że są rzeczy, których nigdy nie zrobię — i kiedyś też sądziłam, że do pewnych rzeczy nie jestem zdolna, bo nie jestem "takim" człowiekiem. Dzisiaj wiem, że zawsze kiedy mówię, że czegoś nigdy nie zrobię, to potem okazuje się, że robię to albo już zrobiłam.
Więc staram się nie mówić, że czegoś "nigdy nie zrobię", żeby nie kusić losu i swoich mechanizmów wewnętrznych — ale zdarza mi się to.
Dzisiaj uważam, że człowiek jest zdolny absolutnie do wszystkiego, bo nad wyraz wiele zależy od warunków, w których się znajduje. Dlatego człowiek jest zdolny nawet do tych rzeczy, których się po sobie sam nie spodziewa — a może zwłaszcza do tych. Właśnie dlatego, że diabeł tkwi w szczegółach, a te szczegóły dopadają Cię dokładnie tam, gdzie się tego NAPRAWDĘ, ALE NAPRAWDĘ nie spodziewasz.
Człowiek nie może sobie sensownie teoretyzować na temat tego, jakby się zachował, gdyby — dopóki nie znajdzie się w sytuacji, która mówi: SPRAWDZAM.
To jest dokładnie ten moment, kiedy ego umiera. I zaczyna Cię zwyczajnie dojeżdżać to, że Twoja rzeczywistość rozjeżdża się z tą wizją, którą... też nie do końca sam sobie wymyśliłeś.
Jesteśmy konstruktem społecznym. Warto pomyśleć o całości uwarunkowań, a nie tylko o ścieżkach naszych mózgów — które są tak naprawdę wydeptane przez naszych bliskich, środowisko, historię, a nawet geolokalizację.
9. Zauważenie dobra naprawdę nic nie kosztuje, a pomnaża dobro.
Nikt nie potrafi tak opierdolić jak Polak, którego lekko zachęcisz. Każdy w tym kraju ma opinię na każdy temat i głębokie poczucie, że bez jego opinii ten świat umrze i zejdzie na psy (jakby to się już nie dokonało).
Mówienie dobrych rzeczy innym ludziom w tym narodzie nie przychodzi naturalnie. Czy jesteśmy tak obciążeni traumą II wojny światowej i ciężarami pokoleniowymi, że stąd to się bierze? Czy po prostu mamy wrażenie, że jak powiemy komuś coś dobrego, to nam to coś odbierze?
Lubię mówić ludziom dobre rzeczy. Nawet takim, którzy pojawiają się w moim życiu chwilowo, bo jakaś sytuacja tak się ukształtowała. To naprawdę nic nie kosztuje, a nigdy nie wiesz — być może Twój komunikat ratuje komuś dzień? A w niektórych przypadkach może nawet życie?
Nie ma nic złego w obdarzaniu ludzi i otoczenia uwagą, kiedy cały ten świat zmierza do tego, żebyśmy byli nieuważni i zdezorientowani.
Bo nie jest tajemnicą, że ludzie nieuważni i zdezorientowani — a jeszcze do tego napakowani negatywnymi emocjami — są łatwym celem dla wszelkiej manipulacji.

Komentarze
Prześlij komentarz