Wtórna aspołeczność, czyli o tym, jak nie zapisałam się do sekty
Wtórna aspołeczność, czyli o tym, jak nie zapisałam się do sekty
Tata napisał do mnie smsa: „Odezwij się, jak będziesz miała czas”. Krótko i konkretnie, więc odpisałam od razu – bo cenię konkrety – ale oddzwoniłam parę godzin później. Tata zastanawiał się, czy nie zapisałam się do sekty, bo dawno nie było ze mną kontaktu.
Powiedziałam więc z pełnym spokojem: „Jeszcze nie, ale jak to zrobię, będziesz pierwszym, który się o tym dowie”.
Mój Tata przechodzi różne fascynujące przebudzenia na mój temat. Niektóre mają zapłon dwadzieścia lat później. Otóż wcale nie pomylił się tak bardzo, bo rzeczywiście rozważałam zapisanie się do sekty. Miałam nawet towarzystwo i przybrane imię. To, co mnie wtedy pokonało, to post od jogurtu. Kiedy przeczytałam w grafiku, że sekta przewiduje parę razy w roku post od jogurtu, poziom absurdu sięgnął zenitu. Stwierdziłam, że rzucam przybrane imię i nigdzie nie wchodzę. Nie będzie mi typ w białym prześcieradle dyktował relacji z nabiałem.
Liczne przebudzenia mojego Taty
Odkąd Tata zorientował się, że w gronie moich znajomych jest wydziarany od stóp do głów tatuażysta, nabrał wtórnego lęku o moją nietykalność cielesną. Kiedy przyjeżdżam do rodziców z tymczasową dziecięcą dziarą w kształcie motyla, Tata zachodzi milczeniem, a następnie przechodzi w tryb tygodniowego śledztwa, w które włącza moją Ma. Żeby pod koniec tej farsy dopytać mnie, czy to prawdziwe. A wystarczy znać mnie na tyle, żeby wiedzieć, że jestem zbyt zmienna, ale równocześnie samoświadoma na tyle, by nie wydawać pieniędzy na coś, co dzień później kazałoby mi patrzeć w lustro z pytaniem: co to za gówno.
Woda, kawa i święty spokój
Inna sprawa: uszy. Tata co parę lat odkrywa, że mam dwie dziury w jednym uchu i stwierdza, że "nie wiedział". Skoro o uszach mowa – przez tę dodatkową dziurę zgubiłam w tym tygodniu złotą muszelkę na sztyfcie od Babkum. Wiedziałam, że ją zgubię. Ten jeden raz zignorowałam własną intuicję, nazywając ją bzdurą, więc rzecz jasna stało się dokładnie to, co miało się stać. I tak materac w Movement Arenie (najbardziej nudnym miejscu, jakie widziałam kiedykolwiek) wchłonął mój kolczyk, kiedy postanowiłam jednak rzucić się nań, skoro już tu jestem. Należę do ludzi, których wystarczy wrzucić do wody i już się cieszą. Naprawdę nie trzeba wiele: woda (basen, jezioro, wanna), kawa. Koniec listy. No dobrze – jeszcze odpowiednia ilość świętego spokoju.
Spotkania z czapy i bańki na placu zabaw
Wygląda na to, że moja wtórna aspołeczność stała się magnesem na spotkania z czapy. Ten tydzień to jakaś epidemia zbiorowej biesiady. A skoro i tak nie mam ochoty przebywać z nikim, uznałam, że po prostu się będę zjawiać. Co za różnica, czy nie mam ochoty z nikim przebywać w samotności, czy w tłumie? Nie jestem już ze sobą aż tak związana, żeby robić z tego dramaty.
Parę dni temu A. przyniosła na plac zabaw wielkie bańki, rzuciłam na wstępie: „Przyszłam tu nie umiejąc i wrócę nie umiejąc nadal”. Jeden z ojców na ławce zatkał usta dłonią, udając, że się nie śmieje. Uwielbiam wprawiać ludzi w zakłopotanie i rozśmieszać też. Koniec końców podjęłam próbę drugą i zrobiłam ostatecznie bańkę wielkości mojego Syna. Chłopcy poszli się bawić, a my z A. zaczęłyśmy puszczać te wielkie bańki i szybko stałyśmy się atrakcją dla młodszych dzieci, które nas otoczyły jak na festynie. Tak, jesteśmy dokładnie tymi matkami, które wprowadzają swoje dzieci w zakłopotanie wywoływanym poziomem atencji. Chłopcy poszli daleko do swojej bazy, żeby przypadkiem nikt ich z nami nie skojarzył. Było świetnie. 😄
Szukasz lektury, która nie udaje poradnika? Sprawdź:
Absurdalne Przygody Damiana Dętki

Komentarze
Prześlij komentarz