TRYB JASNY/CIEMNY

Manifestacja, Troja i kilka debilizmów, czyli jak dostać to, o co wcale nie prosiłaś

Manifestacja, Troja i kilka debilizmów, czyli jak dostać to, o co wcale nie prosiłaś

Manifestacja

Otóż pomyślałam sobie, że czas najwyższy powiedzieć kilka słów o manifestacji. Nie będę zdradzała wszystkiego, bo niektóre fakty są zarezerwowane dla bliskich znajomych. Ale rzeczywiście – manifestacja w moim życiu hula, odkąd pamiętam.

Należę do ludzi, którzy zawsze dostają dokładnie to, czego chcą. Co... czasami oczywiście odbija się mocną czkawką, bo lepiej jest koncentrować się na wartościach, a nie na konkretach. Razem z konkretem idą bardzo często dodatkowe konsekwencje, których nasze słodkie, ale jednak małe i ciasne ludzkie umysły nie są w stanie pomieścić. Łatwo myśleć o jednej stronie medalu, tej piękniejszej, a tą drugą brać w całkowity nawias.

W zasadzie wszystko, co mnie w życiu spotkało i spotyka, jest efektem mojej manifestacji. Chociaż oczywiście zdarzają się dziwne glitche w postaci snów, które jeszcze nie wiem, co znaczą. Boję się myśleć. Głównie dlatego, że różne twisty mojego życia przyszły do mnie właśnie tą drogą i więcej niż raz zdarzyły mi się tzw. sny prorocze. Ostatnio przechodzę jakieś kosmiczne konfuzje.

Tak, czy inaczej warto pamiętać o tym, że najlepszy scenariusz to ten, którego nasz umysł nie jest w stanie do końca przewidzieć i wyprowadzić, a jednak... dzieje się to. ;) 

Lustra, przekonania i przewlekły ból

Szanuję każdego, kto w to nie wierzy, a sama mam dość wariabilistyczne podejście do rzeczywistości. Jest coś w koncepcji lustra i systemie wierzeń każdego pojedynczego człowieka: dostajesz to, w co wierzysz.

I można się obrażać, rzucać argumentami w stylu „a choroba to co?”. Tutaj też mam swoje zdanie. Jako osoba przewlekle chora, mam prawo sądzić, że mój organizm starał się zwrócić mi na coś uwagę najmocniej, jak tylko był w stanie, bo inne metody nie działały.

I oczywiście miałabym też święte prawo obwiniać się za chorobę... ale uwaga: nikt z nas nie żyje życiem tak naprawdę naszym. Wszyscy jesteśmy jakoś naznaczeni kulturowo, lokalizacyjnie, a traumy rodowe i narodowe – to nie są żadne klątwy z kosmosu, które trzeba zdejmować usypując kręgi z soli. To pewien bagaż, który mamy ze sobą. Można go zdjąć z pleców, ale wciąż... tylko do pewnego stopnia.

Wszyscy mamy wpisaną w krwioobieg pogoń za tybetańską rzepą, która rozwiąże wszystkie nasze problemy, ale prawda jest taka... Że tą rzepą jesteśmy my sami. I żaden pajac ze śnieżnobiałym uśmiechem, choćby nie wiem jak dobrze wyglądał, nie rozwiąże za Ciebie tego, co Twoje jest do rozwiązania.

Dowód na istnienie Boga (i niekumaty wykładowca)

Lata temu na zajęciach z filozofii religii wyprowadziłam na tablicy logiczny dowód na istnienie Boga. Boże, jak ja się czułam wtedy oświecona! Naprawdę miałam poczucie, że Tomek z Akwenu to mógłby sobie tę Sumę teologiczną schować głęboko... na półkę między PIT-y.

Miałam poczucie całkowitego geniuszu, którego niestety wykładowca za żadną cholerę nie mógł skumać. Ale K. skumał – hipis nieużywający telefonów i komputera z tendencją do wypraw grzybowych. Całkowicie skumał mój wywód. Choć dowód na istnienie Boga nie ujrzał światła dziennego, doznaliśmy czegoś na kształt duchowego cudu w połączeniu z just the two of us. Zasadniczo właśnie dla takich objawień żyjemy i jesteśmy na tym świecie.

Za to wykładowca rok w rok organizował konferencje o istnieniu Boga, których sensu nie widziałam wcale, bo przecież ja wyprowadziłam dowód i o czym tu więcej gadać? Jeśli ktoś na serio zastanawia się, czy Bóg może coś wiedzieć, czy nie może – naprawdę łatwo odnieść wrażenie, że ten człowiek to książkowy idiota. Dyskusje tego rodzaju, każdorazowo wyprowadzane przez ludzki, z założenia niezbyt doskonały umysł, są z góry skazane na niepowodzenie.

Helena Trojańska i takie syndromy

Składasz sobie tę manifestację na SP, żeby facet traktował Cię jak Helenę Trojańską. I wszystko fajnie, bo ma to swoje oczywiste plusy, dopóki nie zakumasz, że drugą stroną tych plusów jest to, że taki facet najchętniej by Cię trzymał pod pokładem i nie wypuszczał na światło dzienne. A potem kontroluje Twój telefon i listę znajomych, fajnie co? Toksyczna obsesja wersja 2026. 

Historia o Troi i Helenie Trojańskiej to największy debilizm, jaki kiedykolwiek ujrzał świat. Można wzdychać, że to takie romantyczne, chłopy się pobiły o babę i masa istnień ucierpiała. A Kasandry – wróżbitki, jedynej normalnej w tym całym półświatku – oczywiście nikt nie słuchał. Wtrąćmy wyrocznię do lochu i udawajmy, że nie ma problemu.

I oczywiście, w myśl zasady, że rozmiar ma znaczenie, trzeba zbudować olbrzymiego konia i pokazać, kto tu jest prawdziwym debilem, a kto tylko udaje.

Czy manifestacja to jest zamawianie pizzy od Wszechświata?

Tak, to jest zamawianie pizzy ze Wszechświata. Możesz to zrobić myślą, pisaniem, rysowaniem, ćwiczeniami fizycznymi, medytacją i w zasadzie wszystkim – co poczujesz jako autentycznie Twoje. Ale największe zmiany dzieją się wtedy, kiedy akceptujesz, że to się może nigdy nie wydarzyć, ale równocześnie jesteś w takim nastroju, jakby już się wydarzyło.

No i... nie ma manifestowania bez działania. Od pierdzenia w stołek i karmienia się aforyzmami jeszcze nic się nie wydarzyło – poza tym, że najpewniej ktoś w końcu musiał otworzyć okno. Więc najistotniejszą częścią manifestacji jest równoległe ruszenie dupy, niezależnie od nastroju i stopnia własnej mobilności.

Żeby to działało, trzeba trochę stracić rozum. Ale co mamy do stracenia, kiedy i tak wszyscy umrzemy? W końcu najlepszy cytat motywacyjny to memento mori.

Komentarze

Wybrane dla Ciebie

Copyright © Monika Pawelec