TRYB JASNY/CIEMNY

Oczekiwanie na zaproszenie w środku strefy zero, czyli dlaczego dom to nie lądowisko dla helikopterów

Oczekiwanie na zaproszenie w środku strefy zero, czyli dlaczego dom to nie lądowisko dla helikopterów

Oczekiwanie na zaproszenie w środku strefy zero, czyli dlaczego dom to nie lądowisko dla helikopterów

Jutro zjadą się goście. Oficjalna delegacja rodzinna, bo przecież jedna impreza urodzinowa w dzisiejszych standardach towarzyskich to żart i nietakt – musi być osobno dla dziadków, żeby nikt nie poczuł się pominięty, i osobno dla kolegów.

Dzieckum rzuciło zresztą niewinnym tonem: a dlaczego właściwie nie zrobimy tej drugiej imprezy w domu?. Jestem realistką. Siedmiu chłopców na tym metrażu nie zostawiłoby kamienia na kamieniu. Finalnie nie mielibyśmy już gdzie mieszkać, a gruz po ich wizycie nadawałby się co najwyżej do utwardzania lokalnych dróg.

Rano czytałam "Love Story" i to był oczywisty błąd, którego nie przemyślałam wcześniej. Otóż nie pamiętałam, jak się kończy ten film... Więc poranek zaczął się od tego, że byłam zalana łzami, których wcale nie chciałam z siebie wyciskać, a jednak poleciały. Rzadko kiedy płaczę w wyniku czytania książki, ale kiedy tak się dzieje, to znaczy zazwyczaj, że jest to bardzo dobra książka. A to jest niesamowicie świetna książka. I to na dodatek napisana siarczystym, ironicznym językiem, jakiego bym się nie spodziewała w tamtych latach. Czyli w latach 70. A jednak – jeju, Jenny jest niesamowicie bezkompromisowa, wygadana, mówi co myśli i robi wszystko, co właściwie nie przystoi. Jest totalnie taką bohaterką, z jaką albo chcesz się zakumplować, albo chcesz być jej chłopakiem, albo chcesz po prostu być jakimś elementem jej życia, bo jest tak niesamowita. Książka doskonale to oddaje, naprawdę nie sądziłam, że jest napisana tak świetnym językiem. Lektura zajęła mi jakieś dwa dni. A w życiu matki to naprawdę niedużo; myślę, że jakbym żyła w pojedynkę, przeczytałabym tę książkę w dwie godziny.

Patrzę na rzeczywistość wokół siebie i nie wyobrażam sobie, że ktokolwiek ma tu jutro wejść. Wszędzie chaos, wszędzie bajzel, a ja wyglądam i czuję się jak wczorajszy toast, który ktoś omyłkowo zostawił pod kaloryferem. Kofeina wjechała do krwiobiegu zdecydowanie zbyt mocno, co w połączeniu z drżącą powieką daje uroczy efekt miksu neurotycznego i tragikomicznego.

Do zrobienia jest jeszcze sporo rzeczy, nie mówiąc o koszu na pranie. Ten konkretny egzemplarz zaczął już niebezpiecznie przypominać wiedźmę Ple-Ple z Fraglesów i niechybnie pożre nas albo tuż przed imprezą, albo widowiskowo w jej trakcie.

Kuchnia w chaosie
Gdybym miała względny porządek w kuchni, tak mógłby wyglądać.

Dzisiaj rano zbluzgałam nasz dywan. Efekt terapeutyczny żaden, dywan się obraził więc teraz trzeba pojechać po nowy – pod warunkiem, że ten upatrzony model faktycznie czeka w sklepie. Jeśli nie, trudności przyjmę z godnością. Nie załamię się już bardziej, niż zdążyłam to zrobić parę razy w tym tygodniu.

Wszystko mam pod kontrolą. Brakuje mi tylko piątej klepki, ale to jest w sumie zasadniczy detal techniczny w każdej jednej sytuacji.

📌Życiowa mądrość na dziś: Prawdziwa dojrzałość polega na akceptacji faktu, że dom nie musi być muzeum, a ty nie musisz być męczennicą w fartuszku – wystarczy przetrwać z godnością, nowym dywanem i nietkniętą psychiką (albo chociaż jej resztkami).

Zmagasz się z codziennym chaosem i absurdem rzeczywistości? Zajrzyj do mojej książki:

Sprawdź Absurdalne Przygody Damiana Dętki

Komentarze

Wybrane dla Ciebie

Copyright © Monika Pawelec