Kapsle, pączki i klocki LEGO, czyli jak wszechświat bawi się w algorytm
Kapsle, pączki i klocki LEGO, czyli jak wszechświat bawi się w algorytm
Siedziałam ostatnio na murku, uprawiając klasyczną, urlopową rozkminę pod tytułem: „w którym pokoju będziemy spać”. Pod nogami błysnął mi kapsel od Tymbarka. Znasz to uczucie – ta dziecięca, naiwna ciekawość, że zaraz przeczytasz tam jakąś tanią życiową mądrość, która ma Ci zastąpić trzy sesje u terapeuty. Podnoszę, odwracam, a tam… samo „10”. Żadnej sentencji, żadnego literackiego uniesienia, zero poezji. Po prostu sucha, bezduszna dycha. Godzinę później meldujemy się w pensjonacie i zgadnij, jaki numer wisi na naszych drzwiach? Tak, dziesięć.
Możesz to nazwać manifestacją, prawem przyciągania albo czystym fartem. Ale czy nie jest tak, że rzeczywistość po prostu czasem nudzi się własną przewidywalnością i rzuca nam bezczelny spoiler prosto pod nogi, tylko po to, żeby sprawdzić, czy jeszcze w ogóle uważamy?
Pułapka alternatywnych wspomnień i darmowy research
Ten sam wyjazd, faza druga. Pomyślałam, że chcę kupić coś fajnego mojej Ma. Warunek był jeden: zero kurzołapów, zero pozbawionego sensu, plastikowego badziewia, które generuje tylko wyrzuty sumienia przy cotygodniowym ścieraniu kurzy. Dwie godziny później coś mnie tknęło. Poczułam ten specyficzny „spirit”, weszłam do totalnie przypadkowego sklepu folkowego, bez żadnego powodu – i leżało tam dokładnie to, czego szukałam. Czysty impuls.
Zaraz potem zaliczyłam wycieczkę sentymentalną. Wciągnęło mnie do sklepu z grami planszowymi, bo mój mózg odpalił alternatywne wspomnienia z dzieciństwa i legendarny sklep na Grunwaldzkiej. Ten, w którym jako jedynym w mieście dało się kiedyś kupić podręcznik do Dungeons & Dragons po angielsku i figurki do Warhammera.
Wchodzę więc do tego sklepu i sytuacja się powtarza – na półce krzyczy do mnie idealny prezent dla M. Parę miesięcy temu rzuciłam luźno: „Fajnie by było, gdyby można było kupić X i zagrać w to na żywo, a nie tylko wirtualnie”. I oto jest. Wyszłam stamtąd z paczką oklejoną tak, że wyglądała jak świeży drop z InPostu. Sprzedawca okazał się absolutnym mistrzem konspiracji – na moją prośbę zapakował to w trybie ściśle tajnym, bo M. stał na zewnątrz i nie mógł nic zauważyć. Totalnie wygrałam życie.
Dlaczego na widok pączka cieknie Ci ślinka?
Zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego właściwie tak bezrefleksyjnie ufasz własnemu mózgowi, skoro to najbardziej zmanipulowany organ w Twoim ciele?
Myślisz o puszystym, lukrowanym pączku z nadzieniem różanym i Twoje ślinianki natychmiast ruszają do produkcji, jakby fabryka pracowała na trzy zmiany. Przecież nie masz tego pączka w ustach. Nie ma go nawet w pokoju. Dlaczego więc Twoje ciało zachowuje się tak, jakbyś właśnie pożerał setki pustych kalorii?
Za ten cały spektakl odpowiadają neurony lustrzane. To te same komórki, które sprawiają, że współczujesz bohaterom filmów, ziewasz, gdy ktoś obok ziewa, i czujesz głód na sam widok zdjęcia jedzenia. Twój mózg jest tak genialny (i jednocześnie tak nieskończenie naiwny), że nie widzi różnicy między realnym bodźcem a intensywnym wyobrażeniem. Skoro tak łatwo oszukać go zwykłym pączkiem, to zadam Ci jedno, kluczowe pytanie: jakim cudem wierzysz mu we wszystko inne, co podsuwa Ci w chwilach lęku, paranoi i życiowego zagubienia?
Wrocławski syndrom małego świata i potęga wizualizacji
A jeśli myślisz, że wszechświat nie ma specyficznego, wręcz neurotycznego poczucia humoru, to prawdopodobnie nie byłeś ostatnio we Wrocławiu. Boschu, wszędzie sami znajomi. Idziesz na wystawę LEGO, patrzysz na misternie ułożoną gablotę, a tam… ogromna budowla przedstawiająca rysunkowy odpowiednik Twojego kolegi z klasy.
I teraz najlepsze: dokładnie taką samą wizualizację zaledwie dzień wcześniej przesłałam w wiadomości do K. Matrix musiał mieć akurat przerwę techniczną, bo nie nadążył z renderowaniem nowych statystów.
Idziesz kawałek dalej i w kolejnej gablocie trafiasz na innego znajomego. Tego samego, który obecnie zaszywa się na działce, odcinając się od cywilizacji i udając zaawansowanego pustelnika. Przyjdzie zima, mróz wygoni go z tej głuszy, a on nagle odezwie się do mnie, szukając ratunku przed własną kompulsją. I znów będę musiała wjechać cała na biało, żeby studzić jego niesamowite opowieści i kolejne, skrajnie dziwne pomysły.
Żyjemy w świecie, który nieustannie próbuje nas przekonać, że wszystko musimy zaplanować, zoptymalizować i wpisać w tabelki Excela. A potem nagle dostajesz kapsel z numerem pokoju, trafiasz na prezent marzeń w pięć minut, a rzeczywistość materializuje Twoje wczorajsze wiadomości w plastikowych gablotach z klockami. Może algorytm rzeczywistości wcale nie jest tak skomplikowany, jak nam się wydaje. Może po prostu czasem warto wyłączyć nawigację, wejść do sklepu, który nas „woła”, i pozwolić intuicji zrobić resztę. My, wszyscy poszukiwacze sensu, i tak ostatecznie lądujemy dokładnie w tym pokoju, do którego klucz dostaliśmy na kapslu od Tymbarka.
Skoro już rozkładamy na czynniki pierwsze egzystencjalne absurdy, zderzenia z przeszłością i pułapki, jakie zastawia na nas własna głowa... czas na krok dalej. Zajrzyj do moich książek, gdzie przyglądam się światu bez filtra i z odpowiednią dawką ironii.
W temacie wielkich pytań bez odpowiedzi szczególnie polecam: "Czy moje plecy istnieją?".
Zobacz moje książki ➔
Komentarze
Prześlij komentarz