Wałbrzych mówi: „Spieprzaj”, czyli pięć kurków do zatracenia
Wałbrzych mówi: „Spieprzaj”, czyli pięć kurków do zatracenia
Zaczęło się od klasyki gatunku. Wczesny ranek, faza snu, w której akurat śnisz o czymś przyjemnym, i nagle ktoś postanawia zagrać na Twoim domofonie solówkę heavymetalową. Podnosisz słuchawkę, pytasz: „Słucham?”, a w odpowiedzi dostajesz pełną napięcia, psychopatyczną ciszę. Kładziesz się z powrotem, serce łomocze w rytmie techno, oko zaczyna drżeć. Mijają dwie minuty i powtórka z rozrywki. Ktokolwiek to był – mam nadzieję, że kawa, którą dzisiaj piłeś, była letnia i kwaśna.
Wiedziałam, że ten dzień będzie wyzwaniem. Ale nie spodziewałam się, że ostateczny cios zada mi inżynieria sanitarna w Wałbrzychu.
Jeśli masz czasem ochotę poczuć się jak kompletny idiota, który potrzebuje zaawansowanego kursu z hydrauliki rakietowej, żeby umyć własny tyłek, zabookuj apartament, w którym pod prysznicem zamiast dwóch normalnych kurków jest ich… pięć. Pięć pokręteł. Stałam tam, naga, bezbronna i przerażona, patrząc na tę dziwną konstrukcję rodem z łodzi podwodnej z czasów zimnej wojny. Czy jeśli przekręcę trzeci od prawej, to poleci deszczownica, czy może uruchomię procedurę autodestrukcji dolnośląskiego systemu wodociągów? Wałbrzych mnie pokonał. Wyszłam stamtąd czysta, ale psychicznie poturbowana.
Czy da się nalać z pustego dzbana?
Siedziałam dzisiaj na jednym z nich we Wrocławiu. Wrocław jest piękny, uwielbiam tu wracać, kocham tę przestrzeń, architekturę i wrażenie, że w końcu mogę głęboko odetchnąć. Ale nawet to miasto nie potrafiło posklejać moich zszarganych nerwów. Jako osoba z natury wrażliwa, na placu zabaw nie odpoczywam. Ja tam walczę o przetrwanie. Przechodzę stan przedzawałowy co jakieś cztery minuty – i to nie tylko wtedy, kiedy moje własne dziecko postanawia sprawdzić, czy grawitacja działa na najwyższej zjeżdżalni. Przejmuję się też cudzymi dziećmi. Patrzę na te małe istoty biegające bez instynktu samozachowawczego i czuję, jak moja empatia pompuje mi do żył czystą kortyzolową zupę.
Skąd w nas to absurdalne przekonanie, że musimy mieć nieskończone zasoby energii, nawet gdy system od dawna krzyczy o awarii zasilania?
Mówi się, że z pustego dzbana nie da się nic nalać. To prawda. Rzadko mi się to zdarza, ale dzisiaj czuję, że mój dzban jest pusty, suchy i ma pęknięcie na dnie. Totalnie nie mam siły. Przebodźcowanie osiągnęło poziom, w którym zamiast słuchać śpiewu ptaków i udawać, że celebruję slow life, mam dziką ochotę zamknąć się w ciemnym pokoju i odpalić Szybkich i Wściekłych: Tokio Drift. Chcę po prostu odciąć dopływ jakichwiek realnych bodźców i popatrzeć na bezpieczny, przerysowany świat, w którym największym problemem jest kontrolowany poślizg na zakręcie. Dzisiaj zdecydowanie nie dostanę orderu Matki Roku. I wiesz co? Trudno.
Komary z Simsów i wrocławskie sufity na trzy metry
Żeby tego było mało, w ramach dobijania leżącego, we wrocławskim lokum zderzyłam się z szafkami dla olbrzymów – sięgającymi do samego sufitu na wysokość trzech metrów z lekkim hakiem. Te meble projektował chyba ten sam człowiek, który odpowiadał za wałbrzyski inżynieryjski majstersztyk z pięcioma kurkami pod prysznicem. Myślałam, że takie rzeczy buduje się tylko w Simsach, kiedy zapomnisz wcisnąć klawisz wyrównania do siatki. Piękna przestrzeń do oddychania ma swoją mroczną cenę.
Wyobraź sobie teraz misję ostateczną: w pokoju lata komar. Jeden, gruby, bezczelny komar. Ty masz do dyspozycji zwiniętą gazetę i metr sześćdziesiąt siedem wzrostu w kapciach. On lata w najlepsze pod samym sufitem, na wysokości trzech metrów, dokładnie wiedząc, że jest poza zasięgiem jakiejkolwiek ludzkiej sprawiedliwości. Siedzi tam i czeka. Czeka na noc, żeby zlecieć na dół i zaatakować Cię prosto w kostkę. Bo komary to sadyści. One doskonale wiedzą, które ugryzienie będzie dla Ciebie najbardziej irytujące i debilne w skutkach.
Siedzimy w tym wszyscy po uszy. W za wysokich mieszkaniach, z za trudnymi prysznicami, zmęczeni hałasem, gwałtownymi pobudkami i własnymi oczekiwaniami. Próbujemy być idealni, opiekuńczy, cierpliwi i wielozadaniowi, zapominając, że maszyna bez paliwa po prostu staje. Przecież nie musimy codziennie zbawiać świata. Czasem największym życiowym sukcesem jest po prostu przetrwanie dnia bez odpalenia wałbrzyskiej deszczownicy.
Szukasz więcej egzystencjalnych i życiowych opowieści?
Sprawdź moje książki, w których bez owijania w bawełnę rozkładam codzienność na czynniki pierwsze. Szczególnie polecam Ci pozycję idealną na dni pełne przebodźcowania:

Komentarze
Prześlij komentarz