TRYB JASNY/CIEMNY

Wałbrzych mówi: „Spieprzaj”, czyli pięć kurków do zatracenia

📎

Wałbrzych mówi: „Spieprzaj”, czyli pięć kurków do zatracenia

Zaczęło się od klasyki gatunku. Wczesny ranek, faza snu, w której akurat śnisz o czymś przyjemnym, i nagle ktoś postanawia zagrać na Twoim domofonie solówkę heavymetalową. Podnosisz słuchawkę, pytasz: „Słucham?”, a w odpowiedzi dostajesz pełną napięcia, psychopatyczną ciszę. Kładziesz się z powrotem, serce łomocze w rytmie techno, oko zaczyna drżeć. Mijają dwie minuty i powtórka z rozrywki. Ktokolwiek to był – mam nadzieję, że kawa, którą dzisiaj piłeś, była letnia i kwaśna.

Wiedziałam, że ten dzień będzie wyzwaniem. Ale nie spodziewałam się, że ostateczny cios zada mi inżynieria sanitarna w Wałbrzychu.

Jeśli masz czasem ochotę poczuć się jak kompletny idiota, który potrzebuje zaawansowanego kursu z hydrauliki rakietowej, żeby umyć własny tyłek, zabookuj apartament, w którym pod prysznicem zamiast dwóch normalnych kurków jest ich… pięć. Pięć pokręteł. Stałam tam, naga, bezbronna i przerażona, patrząc na tę dziwną konstrukcję rodem z łodzi podwodnej z czasów zimnej wojny. Czy jeśli przekręcę trzeci od prawej, to poleci deszczownica, czy może uruchomię procedurę autodestrukcji dolnośląskiego systemu wodociągów? Wałbrzych mnie pokonał. Wyszłam stamtąd czysta, ale psychicznie poturbowana.

📌 Wrocław przestrzeń odbicie

✏️Czy da się nalać z pustego dzbana?

Dlaczego jako ludzkość uznaliśmy, że szczytem weekendowego relaksu jest dobrowolne poddawanie się torturze sensorycznej? I dlaczego miejscem tej kaźni tak często staje się miejski plac zabaw?

Siedziałam dzisiaj na jednym z nich we Wrocławiu. Wrocław jest piękny, uwielbiam tu wracać, kocham tę przestrzeń, architekturę i wrażenie, że w końcu mogę głęboko odetchnąć. Ale nawet to miasto nie potrafiło posklejać moich zszarganych nerwów. Jako osoba z natury wrażliwa, na placu zabaw nie odpoczywam. Ja tam walczę o przetrwanie. Przechodzę stan przedzawałowy co jakieś cztery minuty – i to nie tylko wtedy, kiedy moje własne dziecko postanawia sprawdzić, czy grawitacja działa na najwyższej zjeżdżalni. Przejmuję się też cudzymi dziećmi. Patrzę na te małe istoty biegające bez instynktu samozachowawczego i czuję, jak moja empatia pompuje mi do żył czystą kortyzolową zupę.

Skąd w nas to absurdalne przekonanie, że musimy mieć nieskończone zasoby energii, nawet gdy system od dawna krzyczy o awarii zasilania?

Mówi się, że z pustego dzbana nie da się nic nalać. To prawda. Rzadko mi się to zdarza, ale dzisiaj czuję, że mój dzban jest pusty, suchy i ma pęknięcie na dnie. Totalnie nie mam siły. Przebodźcowanie osiągnęło poziom, w którym zamiast słuchać śpiewu ptaków i udawać, że celebruję slow life, mam dziką ochotę zamknąć się w ciemnym pokoju i odpalić Szybkich i Wściekłych: Tokio Drift. Chcę po prostu odciąć dopływ jakichwiek realnych bodźców i popatrzeć na bezpieczny, przerysowany świat, w którym największym problemem jest kontrolowany poślizg na zakręcie. Dzisiaj zdecydowanie nie dostanę orderu Matki Roku. I wiesz co? Trudno.

✏️Komary z Simsów i wrocławskie sufity na trzy metry

Żeby tego było mało, w ramach dobijania leżącego, we wrocławskim lokum zderzyłam się z szafkami dla olbrzymów – sięgającymi do samego sufitu na wysokość trzech metrów z lekkim hakiem. Te meble projektował chyba ten sam człowiek, który odpowiadał za wałbrzyski inżynieryjski majstersztyk z pięcioma kurkami pod prysznicem. Myślałam, że takie rzeczy buduje się tylko w Simsach, kiedy zapomnisz wcisnąć klawisz wyrównania do siatki. Piękna przestrzeń do oddychania ma swoją mroczną cenę.

Wyobraź sobie teraz misję ostateczną: w pokoju lata komar. Jeden, gruby, bezczelny komar. Ty masz do dyspozycji zwiniętą gazetę i metr sześćdziesiąt siedem wzrostu w kapciach. On lata w najlepsze pod samym sufitem, na wysokości trzech metrów, dokładnie wiedząc, że jest poza zasięgiem jakiejkolwiek ludzkiej sprawiedliwości. Siedzi tam i czeka. Czeka na noc, żeby zlecieć na dół i zaatakować Cię prosto w kostkę. Bo komary to sadyści. One doskonale wiedzą, które ugryzienie będzie dla Ciebie najbardziej irytujące i debilne w skutkach.

Siedzimy w tym wszyscy po uszy. W za wysokich mieszkaniach, z za trudnymi prysznicami, zmęczeni hałasem, gwałtownymi pobudkami i własnymi oczekiwaniami. Próbujemy być idealni, opiekuńczy, cierpliwi i wielozadaniowi, zapominając, że maszyna bez paliwa po prostu staje. Przecież nie musimy codziennie zbawiać świata. Czasem największym życiowym sukcesem jest po prostu przetrwanie dnia bez odpalenia wałbrzyskiej deszczownicy.

Szukasz więcej egzystencjalnych i życiowych opowieści?

Sprawdź moje książki, w których bez owijania w bawełnę rozkładam codzienność na czynniki pierwsze. Szczególnie polecam Ci pozycję idealną na dni pełne przebodźcowania:

„Czy moje plecy istnieją?”

Zobacz moje książki
```

Komentarze

Wybrane dla Ciebie

Copyright © Monika Pawelec