TRYB JASNY/CIEMNY

Jak skutecznie udawać, że masz mózg?

📌

Jak skutecznie udawać, że masz mózg?

Żyjemy w świecie, który cierpi na permanentny fetysz kontroli. Musisz mieć plan, strategię, aplikację monitorującą fazy snu i idealnie zbilansowaną dietę. Wszystko po to, żeby utrzymać iluzję, że w pełni panujesz nad swoim życiem. A potem budzisz się rano, patrzysz na własną nogę i uświadamiasz sobie, że cały Twój misterny plan na najbliższe dni może właśnie spektakularnie rozbić się o jeden, niepokojąco czerwony pierścień wokół oparzenia. Kierunek Mordor, czy Unexpected Journey?

Wokół Ciebie natychmiast aktywuje się komitet ratunkowy. Ludzie, których ledwo znasz, nagle czują wewnętrzny przymus, by zaangażować swoje całe życiowe doświadczenie i udzielić Ci miliona nieproszonych rad. Przeżywają to bardziej niż Ty, jakby Twoja noga była ostatecznym dowodem na to, że świat zmierza ku zagładzie.

Dlaczego tak panicznie boimy się momentu, w którym rzeczywistość mówi nam „sprawdzam”? Czy to nie urocze, że łatwiej nam zignorować pulsujący ból i ryzykować zakażenie, niż przyznać przed samym sobą, że nie panujemy absolutnie nad niczym?

Performance dla zaawansowanych

Najchętniej przyjęłabyś wersję, że nic się nie stało. Spakowała plecak i ruszyła w góry, udając, że ciało to tylko zbędny dodatek do egzystencji. Niestety, na drodze do tej pięknej autodestrukcji staje jeden, zasadniczy problem: bycie rodzicem.

Bycie matką to specyficzny rodzaj społecznego performance'u. Przez większość czasu musisz po prostu symulować, że posiadasz mózg i – co gorsza – regularnie z niego korzystasz. Nawet jeśli Twoim jedynym marzeniem jest rzucenie wszystkiego w diabły i zaliczenie Unexpected Journey z jeszcze bardziej niespodziewanym finałem na SOR-ze. System wartości i odpowiedzialność za drugiego człowieka brutalnie ściągają Cię na ziemię. Zamiast na szlak, potulnie człapiesz do chirurga z planem, by przekonać go, że góry to świetny pomysł. Dorosłość bywa potwornie upokarzająca.

Góry w chmurach
📎 Plany kontra rzeczywistość. Góry poczekają, chirurg nie.

„Czy naprawdę myślisz, że to Ty grasz w tę grę?”

To pytanie, rzucone przez J., potrafi świdrować w głowie godzinami. Twierdzi, że omyłkowo wpłynęłam do jakiegoś ciemnego kanału i czas z niego wypływać. Ale przecież uwielbiam te stany zawieszenia. Te momenty „pomiędzy”, kiedy kot Schrödingera jednocześnie jest i go nie ma. 

Kiedy siedzisz w poczekalni i nie wiesz, czy lekarz zamknie Cię na oddziale, czy da bilet w Nie-Tak-Bardzo-Misty-Mountains. To właśnie w tej szczelinie niepewności dzieją się najciekawsze rzeczy, daleko poza mimo wszystko dość przewidywalnymi teoriami Philipa K. Dicka. (Tak, doskonale wiem, kto po tym wpisie się obrazi i z jakiego powodu😁).

Krótka historia triumfu

W ułamku sekundy cała ta misterna, egzystencjalna drama rozpływa się w powietrzu. Katastrofy nie będzie. Konsylium znajomych może rozejść się do domów, a ja mogę wrócić do bezpiecznego udawania, że wszystko mam pod kontrolą. Przynajmniej do następnego razu. Zanim znowu wpadnę na pomysł, którego konsekwencje dojadą mnie w niespodziewanym momencie. 

Wszyscy rozpaczliwie próbujemy uciec z kanałów, w które rzekomo wpłynęliśmy przez pomyłkę, zapominając, że stabilizacja to tylko krótka przerwa między kolejnymi aktami absurdu.

✏️ Szukasz więcej egzystencjalnych rozważań o ciele i duchu?

Sprawdź moją książkę „Czy moje plecy istnieją?” oraz inne opowieści, które pomagają oswoić chaos codzienności.

Zobacz moje książki

Komentarze

Wybrane dla Ciebie

Copyright © Monika Pawelec