TRYB JASNY/CIEMNY

Czarna polewka w wersji uśmiechniętej. Dlaczego autentyczność ma dziś wysoką cenę?

 

Świat od dłuższego czasu próbuje nas przekonać, że idealny człowiek to istota prosta w obsłudze. Taki udomowiony gadżet: wciskasz guzik, wyskakuje optymizm, podłączasz do ładowarki, generuje sukces. Wszystko ma być gładkie, przewidywalne i – co najważniejsze – niekłopotliwe dla otoczenia.

I wtedy wchodzisz Ty, cały na biało, z tą swoją bezczelną, organiczną autentycznością.

Należę do tej specyficznej kategorii ludzi, którzy zamiast gładkich pozorów zawsze serwują pełen pakiet prawdy. Ostatnio śmiałam się z J., że każdy, kto się we mnie przez lata zakochiwał, miał po prostu zawsze przesrane, w taki czy inny sposób. Mieliśmy ubaw po pachy, chociaż w sumie nie wiem dlaczego, równie dobrze można by było nad tym tematem się popłakać. Bo bycie z kimś, czy nie-bycie, albo zwykłe puszczanie oka lub metaforycznego oka do kogoś, kto nie potrafi grać w tradycyjne, towarzyskie gierki, to jak próba oswojenia dzikiego kota za pomocą instrukcji obsługi tostera. Nigdy nie spotkałam faceta, który prędzej lub później nie byłby zazdrosny o to, że lubię spędzać czas sama ze sobą. Oczywiście, zamiast zadawać mi pytania, łatwiej jest zrobić założenia i mnie nimi zaatakować zanim w ogóle zdążę zrozumieć, o co jest ta kłótnia z czapy. I wtedy pada to pytanie, które mogłabym sobie wytatuować na czole: kiedy Ty w końcu dojrzejesz? Czy widziałaś, żeby ktoś inny tyle czasu spędzał w jakiś swoich bazgrołach? 

I oczywiście, że nie widziałam, bo cały świat funkcjonuje zupełnie odwrotnie... 

Ale no nie wiem, może gdyby ten świat właśnie trochę więcej czasu spędzał na spotkaniach z ciszą, z samym sobą, z myślami wygodnymi i niewygodnymi, to może wszyscy mielibyśmy mniej botoksu w ustach i tyłkach? A przy okazji bylibyśmy szczęśliwsi? 

Czy mnie to martwi? Trochę tak, bo pewnie zraniłam w życiu więcej osób, niż bym chciała. Czuję się wtedy jak czarna polewka – ten staropolski symbol odmowy i towarzyskiej katastrofy – tylko w wersji uśmiechniętej. I naprawdę nie wiem, co jest potrzebne do przełamania tej średniowiecznej klątwy. Rzeczywiście jest to pewną stałą, że to, co innych we mnie intryguje, z czasem zamienia się w coś, co ich męczy. Lubimy patrzyć na medal tylko z jednej strony i wyobrażać sobie, że tej drugiej nie ma. 

Czarna polewka w wersji uśmiechniętej
✏️ Nasza torebka pełna codziennych, surrealistycznych projektów...

Czy naprawdę chcesz kogoś, czy tylko jego wersji demonstracyjnej?

Zastanów się przez chwilę: ile razy w ciągu ostatniego miesiąca przytaknąłeś komuś tylko po to, żeby nie psuć „atmosfery”? Ile razy schowałeś swoje prawdziwe zdanie do kieszeni, bo prawda była zbyt kanciasta i nie mieściła się w małym, bezpiecznym small talku?

Mechanizm jest prosty. Kupujemy ludzi jak subskrypcję w streamingu – ma być miło, lekko i bez zakłóceń w buforowaniu. Kiedy pojawia się człowiek-samograj, który nie potrzebuje suflera ani scenariusza, system zaczyna się zawieszać. Śmiejemy się z tego do łez, płaczemy ze śmiechu podczas rozmów, które powinny być śmiertelnie poważne, bo ten śmiech to ostatni krzyk zdrowego rozsądku. To jedyna tarcza przed światem, który wmówił nam, że wszystko musimy kontrolować.

Czy to nie paradoks, że najbardziej boimy się właśnie tego, za czym rzekomo tęsknimy – absolutnej, bezkompromisowej szczerości?

Krab w torebce, czyli logistyka absurdu

Nasze życie to nieustanny taniec między próbą zachowania pozorów normalności a totalnym, surrealistycznym chaosem, który nosimy pod pachą.

Wyobraź sobie sytuację: rano musisz iść na rutynowe badania do laboratorium. Poważna sprawa, białe kitle, igły, sterylne procedury. Ale w torebce, tuż obok dowodu osobistego, niesiesz skorupkę kraba od kumpeli. Cała Twoja uwaga skupia się na jednym: żeby, do cholery, nie zgnieść tego kraba w kolejce po numerek. Bo jak się pogniecie, to nie będzie czego traktować żywicą.

I to jest właśnie esencja bycia człowiekiem w świecie, który męczy. Z jednej strony system wymaga od nas maszerowania w równym szeregu, z drugiej – każdy z nas targa w swojej mentalnej torebce jakiegoś kraba. Coś osobliwego, coś, co dla reszty świata jest bezwartościowym pancerzem, a dla nas stanowi kolejny fascynujący projekt.

M. powiedział mi niedawno, że moje życie nie jest na tyle ciekawe, żeby ktoś chciał o nim czytać, i powinnam w końcu przestać pisać. To osobliwa opinia, zwłaszcza od kogoś, kto poznał mnie właśnie jako osobę piszącą. Ale to idealnie pokazuje, jak łatwo ludzie ślizgają się po powierzchni. Oczywiście, że moje życie nie jest na tyle ciekawe. To, czy opowieść jest ciekawa, czy nie w dużej mierze zależy od sposobu opowiadania. Mogę opisać proces picia kawy czysto fizjologicznie, a mogę też zrobić z tego przeciągającą się scenę, w której słychać mieszaninę jazzu, śpiewu ptaków i stukot moich myśli obijających się o siebie, a w powietrzu unosi się dziwnie gęsta, ale intrygująca atmosfera, która do czegoś prowadzi, ale... nikt tak naprawdę nie wie jeszcze do czego. 

Co kryje się pod powierzchnią?

Za każdą dziwną anegdotą, za każdym nieporozumieniem i za każdą „klątwą” uśmiechniętej czarnej polewki zawsze kryje się jakaś uniwersalna myśl. Gdyby we wszystkich moich wpisach chodziło tylko o mnie, to byłby materiał raczej na terapię. Te anegdotyczne historie z mojego życia mogłyby przydarzyć się każdemu  – Tobie, Klarze, Zosi czy Andrzejowi. To zupełnie obojętne. Bo w gruncie rzeczy nie chodzi o to, kto niesie kraba w torebce. Chodzi o to, co kryje się pod powierzchnią. Moje blogowe opowieści nie są tak ciekawe, dlatego, że mam tak ciekawe życie. Ich moc polega na tym, że każdy, kto je przeczyta jest w stanie znaleźć w nich cząstkę samego siebie - i to jest to miejsce, które nas łączy. A nie moja, dyskusyjna z resztą, wyjątkowość.

Intuicja nie rozmienia się na drobne... 

Tyle że aby to dostrzec, trzeba najpierw chcieć tam zajrzeć. Trzeba zaryzykować, że ucierpi na tym nasza wygoda. Intuicja rzadko podpowiada nam drogi najprostsze i najbardziej opłacalne towarzysko. Zazwyczaj prowadzi nas prosto w krzaki, gdzie spotykamy inne bratnie borostwory, z którymi wreszcie można porozmawiać bez maski.

Może i mamy pod wieloma względami „przesrane”, nie pasując do idealnych szablonów. Ale to właśnie w tych momentach, gdy pękają pozory, zaczyna się prawdziwe życie. Największym błędem, jaki możemy popełnić, jest próba zmielenia się na papkę łatwostrawną dla świata, który i tak cierpi na chroniczną niestrawność.

Zajrzyj głębiej pod powierzchnię... 🔍

Jeśli też czasami czujesz się jak uśmiechnięta czarna polewka w świecie pełnym wersji demonstracyjnych, zerknij do moich tekstów o filozofii codzienności ukrytych w książce "Czy moje plecy istnieją?".

Zobacz moje książki

Komentarze

Wybrane dla Ciebie

Copyright © Monika Pawelec