Zegareczek, bozia i pies w spacerówce, czyli wielkie, narodowe ecie-pecie
Zegareczek, bozia i pies w spacerówce, czyli wielkie, narodowe ecie-pecie
Zaczęło się dawno temu w Toruniu. Stałam przed facetem z bicepsami jak bochenki chleba, który z pełną powagą, pakując moje zamówienie, wycedził: „Proszę, tu jest instrukcja od zegareczka”.
Zemdliło mnie natychmiast. Matrix się zawiesił, a mój mózg wszedł w tryb awaryjny. Zanim zdołałam przetworzyć informację, że dorosły, potężny mężczyzna właśnie zinfantylizował kawałek mechanizmu z tarczą i paskiem, byłam już w drodze do domu. Oczywiście idealna riposta przyszła jakieś trzy godziny za późno. Standard.
Jakiś czas temu system glitchnął po raz kolejny, choć w nieco innych okolicznościach. Kurier, który z racji moich dawnych, hurtowych zamówień zdążył już stać się niemal dobrym znajomym, rzucił do mnie dziarskim: „Cześć Moniczka!”. Kiedyś wychodziłam z klatki razem z Ż. i nawet ona była w szoku, gdy go spotkałyśmy, a ją niewiele rzeczy zaskakuje. Powiedziała tylko: co on taki młody? Monia...
O ile mojej sąsiadce starej daty wybaczam "Moniczkę" bez mrugnięcia okiem – bo to urocze – o tyle ta kumpelska poufałość ze strony kuriera i tak sprawiła, że na moment zamarłam. Przetwarzałam na tyle długo, że go nie poprawiłam i tak zostało. Przez lata moi koledzy obrywali ode mnie za „Monisię”, więc i kuriera przy najbliższej okazji będę musiała w końcu naprostować, że dorosłe kobiety miewają imiona bez przyrostków zdrabniających.
Chińsko-mandaryński w wersji słowiańskiej
Skąd w nas ta potworna, narastająca fala językowego regresu? Dlaczego „pieniążki” brzmią w uszach Polaków bezpieczniej niż twarde, konkretne pieniądze? Dlaczego pieseczek jest lepszy od psa?
Szczytem tego lingwistycznego kuriozum jest dla mnie „bozia”. Przez lata byłam przekonana, że ta mglista, dziwna postać to jakaś lokalna bogini, może Maryja, może jakaś ciotka z nieba. Kiedy odkryłam, że dorośli, niemal stuletni ludzie mówią tak o Majestacie Wszechświata, o Bogu – autentycznie opadły mi ręce. Jaka, do cholery, bozia? To brzmi jak chińsko-mandaryński przełożony na słowiański za pomocą średniowiecznej łaciny. O mój jeżu.
"Mam potężne uczulenie na ludzi, którzy nad wózkami dziecięcymi wydają z siebie odgłosy paszczowe typu ecie-pecie-srutu-tutu. Dla mnie to po prostu brak szacunku do drugiego człowieka – nawet jeśli ten człowiek ma dopiero pół metra wzrostu."
Może to kwestia dziedzicznego „srutu-tutu”. Nas też w dzieciństwie karmiono tymi dźwiękami, udając, że niemowlę nie zasługuje na pełnoprawny język. Skoro dorastaliśmy w kulturze zmiękczania świata, to teraz, jako dorośli, zmiękczamy go dalej. Bo prawdziwy świat bywa kanciasty.
Labrador w wózku i syntetyczny plastik
Ale ta językowa infantylizacja to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Dzisiaj to zjawisko zmutowało i rozlało się na całą naszą codzienność, tworząc współczesne, obyczajowe kuriozum.
Wsadzam teraz wielkiego badyla w sam środek współczesnego mrowiska, ale ktoś to musi powiedzieć: udawanie, że pies to ludzkie dziecko, wożenie labradora w spacerówce dla niemowląt i strzelanie fochów, że „mój syn” nie może siedzieć obok mnie na fotelu w samolocie, to nie jest miłość do zwierząt. To jest odklejenie od bazy. Pies to pies – ma swoje wspaniałe, psie potrzeby, z których najważniejszą jest bycie psem, a nie substytutem człowieka.
Dokładnie z tego samego źródła bije plaga karpich ust, twarzy zamrożonych botoksem do granic absolutnego braku mimiki i masowe odchudzanie się Ozempikiem na receptę podbieraną chorym na cukrzycę.
Chcemy oszukać biologię. Chcemy wyprasować każdą zmarszczkę, zdrabniać każdy problem i zamienić życie w bezpieczną, plastikową symulację, w której nic nie boli, nic się nie starzeje i nikt nie ponosi odpowiedzialności.
Wielkie, zbiorowe nieukochanie
Kiedy obierze się te wszystkie zjawiska z warstw pozorów, pod spodem zostaje tylko jedno. Jakieś potężne, zbiorowe nieukochanie.
Uciekamy w infantylizm, w wózki dla psów i w twarze bez emocji, bo panicznie boimy się prawdy o sobie. Boimy się starości, odrzucenia, brzydoty i tego, że nie jesteśmy idealni. Próbujemy przypodobać się światu, robiąc z siebie i ze wszystkiego wokół słodką, bezpieczną maskotkę, którą łatwiej zaakceptować.
Tylko że w tym całym „ecie-pecie” gubimy to, co najważniejsze: autentyczność. Intuicja rzadko mówi do nas szeptem pełnym zdrobnień. Ona mówi konkretnie. I dopiero kiedy odważymy się zrzucić te plastikowe pancerze i spojrzeć w lustro – z każdą naszą zmarszczką, z psem na smyczy (a nie w wózku) i z własnym, pełnym imieniem na ustach – poczujemy autentyczną ulgę.
Dorosłość bywa trudna. Ale próba zamienienia jej w pluszowy teatrzyk jest po prostu tandetna.
Przeczytaj moją książkę „Czy moje plecy istnieją?”
Jeśli masz dość egzystencjalnego "ecie-pecie" i chcesz zrzucić plastikowe maski, by w końcu poczuć autentyczną ulgę w swojej dorosłości – ta lektura jest dla Ciebie.
ZAMÓW SWÓJ EGZEMPLARZ
Komentarze
Prześlij komentarz