TRYB JASNY/CIEMNY

Medal na wejściu i mina Tommy'ego Shelby'ego. Jak przetrwać w rodzinnym cyrku

Za dołączenie do rodziny – jakiejkolwiek, bez wyjątków – powinno się dostawać medale na wejściu. Tak na zachętę, jako zaliczkę na poczet przyszłych, absolutnie nieprzewidywalnych problemów z czapy.

Rodzina to bowiem tykająca bomba. Różne bywają natężenia tego tykania, ale mechanizm zegarowy zawsze działa bez zarzutu. Wchodzisz w to i nagle lądujesz w samym środku absurdalnego uniwersum, gdzie logistyka emocjonalna miesza się z operacjami wysokiego ryzyka.

Kubełek z KFC w ogniu pytań

Wyobraź sobie taką scenę. Jesteś w ogniu pracy. Między jednym spotkaniem biznesowym a drugim, kiedy na ekranie komputera ważą się losy wszechświata (lub przynajmniej budżetu na kolejny kwartał), dzwoni telefon. Babcia. Jest w wieku, w którym mają prawo dziać się rzeczy palące, więc odbierasz z duszą na ramieniu.

A tam? Zlecenie na kurczaki z KFC.

I to nie byle jakie. To muszą być porcje z matematycznie wyliczoną liczbą frytek. Jeśli będzie o jedną za mało – zdrada stanu. Najzabawniejsze jest to, że Babcia nie cierpi głodu. To specyficzna mentalność człowieka, który ma poupychane zapasy w każdym zakamarku domu, a kolejne porcje drobiu i tak zaraz dotrą niesione przez trzech innych członków rodziny.

Dwie minuty później kolejny alert w połowie ważnego zebrania: „W Lidlu jest promocja na masło!”.

Mina Tommyego Shelbyego - spokój w chaosie

Kiedy boli Cię cała twarz

Przez lata w takich momentach próbowałam trzymać twarz. Grać profesjonalistkę, która z kamiennym spokojem przyjmuje zamówienia na chrupiące skrzydełka, jednocześnie potakując klientowi na Teamsie.

Wiecie, co z tego miałam? Fizyczny ból. Kiedy próbujesz zachować ten sztuczny, wyreżyserowany, korporacyjny profesjonalizm w obliczu totalnego surrealizmu codzienności, zaczynają boleć Cię mięśnie żwacze.

Układ nerwowy, zwłaszcza gdy jest już zmęczony chorobą, po prostu wysyła czytelny komunikat: Nie mam na to budżetu energetycznego. Zabijać mi się nie chce, ale udawać też już dłużej nie będę.

Wtedy odkryłam drogę tybetańskiego mnicha.

Obecna, ale niedostępna

Odkryłam, że można być obecną ciałem, ale duchem już zupełnie nie. Można fizycznie stać się częścią otoczenia – jak drzewo czy dekoracyjny krzew – i całkowicie odciąć się na poziomie duszy. To jest niesamowicie uwalniające.

Nagle dociera do Ciebie, że te wszystkie rodzinne dramy nie są Twoje do noszenia. Możesz przyjść, popatrzeć, pomóc w takim zakresie, na jaki akurat Cię stać, i to naprawdę wystarczy.

Wchodzę w ten tryb i czuję się jak Cillian Murphy w Peaky Blinders. Moja twarz przyjmuje wyraz totalnej, lodowatej siły spokoju, przez którą nie przebija się absolutnie nic. Po prostu stoję i patrzę.

Oczywiście natychmiast uaktywnia się wtedy „banda”, która nie umie stawiać własnych granic i próbuje zaszantażować Cię słowami o egoizmie i samolubstwie. Bo przecież jak to tak? Nie biegniesz? Nie krzyczysz razem z nami? Nie przeżywasz masła w promocji?

Wiem swoje

Kiedyś takie teksty mogłyby mnie dotknąć. Dzisiaj? Usłyszałam ich w swoim życiu już tyle, że mało który robi na mnie jakiekolwiek wrażenie. Spływają po mnie jak po kaczce, bo na dnie tego tybetańsko-shelbyowskiego spokoju leży jedna, najważniejsza myśl, która działa jak tarcza antyrakietowa:

Wiem swoje. I to wystarczy.

Nie muszę się tłumaczyć ze swojej miny. Wszyscy wokół i tak doskonale widzą, co myślę. Zwrot „milczenie jest złotem” przestał być dla mnie wyświechtanym frazesem z zakurzonych poradników, a stał się luksusowym, prywatnym open space'em w samym centrum totalnego chaosu.

Czasem jedyne, co możesz zrobić, by zachować resztki zdrowia psychicznego, to posłuchać swojej intuicji. Ona zawsze wie, kiedy po prostu odpuścić i dać światu się zadziwiać.

Pozwól więc swojej twarzy odpocząć. Niech widzą, co myślisz. Chaos i tak Cię nie ominie, ale przynajmniej nie będą Cię bolały zęby od udawania, że grasz w tym filmie główną rolę.

Szukasz sposobu na odzyskanie własnej przestrzeni w życiowym chaosie?

O tym, jak przestać brać na klatę (i na plecy) dramaty całego świata, jak słuchać sygnałów zmęczonego ciała i z czułością stawiać granice przeczytasz w mojej książce „Czy moje plecy istnieją?”.

Zamów książkę i zadbaj o swoje plecy

Komentarze

Wybrane dla Ciebie

Copyright © Monika Pawelec