PESEL nie wielbłąd, a wielbłąd nie PESEL - dlaczego nie wywalam wszystkiego na wierzch?
PESEL nie wielbłąd, czyli o luksusie niewywalania flaków na wierzch
Jakiś czas temu znajomy próbował mnie zdiagnozować. Klasyka gatunku: rozmowa zeszła na temat zachowania w gościach i dopasowywania się do czyichś reguł gry. Rzuciłam niewinnie, że będąc u kogoś, nie mam potrzeby epatowania wszystkimi swoimi nawykami. Mogę zjeść obiad o szesnastej zamiast o czternastej, mogę schować do kieszeni swoje poranne rytuały i świat się od tego nie zawali.
Reakcja? Szybka jak cięcie samuraja, podlana sosem ze współczesnych podręczników o samorozwoju:
- „No to oni Cię tak naprawdę nie znają. Boisz się, co pomyślą. Nie dajesz sobie przyzwolenia na bycie sobą w stu procentach!”
Pomyślałam sobie: Boże, co za bzdura.
Narodziny potwora, czyli „Oto ja, bierzcie mnie wszyscy”
Żyjemy w czasach, w których pożal się Boże coachowie i internetowi prorocy wmówili nam, że autentyczność polega na permanentnym, emocjonalnym i behawioralnym ekshibicjonizmie. Masz wchodzić do cudzego życia z buta, taranować zastany porządek swoimi „prawdami”, nawykami i nastrojami, bo przecież jeśli tego nie robisz, to „tłumisz swoje wewnętrzne dziecko”.
Ten sieciowy trend – gdzie ludzie bez żenady serwują tysiącom obcych osób transmisje z porodów, kłótni małżeńskich i sukcesów nocnikowych swoich dzieci – przelazł do realu. Przekonanie, że każdy napotkany człowiek ma obowiązek poznać nas z każdej strony, łącznie z anatomią naszych lęków i harmonogramem wypróżnień, stało się jakąś dziwną normą.
A ja pytam: skąd to absurdalne założenie, że wszyscy wokół mają obowiązek – a co gorsza, ochotę – znać nas do szpiku kości?
Szacunek to nie strach
To, że będąc w czyimś domu, staram się uszanować panujące tam zasady, nie wynika z mojego strachu przed oceną. Naprawdę. Mam już tyle lat i taki numer PESEL, że ludzie mogą sobie o mnie myśleć, co tylko chcą. Mają do tego pełne prawo, tak samo jak ja mam prawo robić swoje, dopóki nikomu nie dzieje się krzywda.
Dopasowanie się na chwilę do gospodarza to nie jest „lęk przed odrzuceniem”. To jest, drodzy państwo, zapomniana już nieco sztuka zwana szacunkiem i kulturą osobistą.
Schowanie swoich przyzwyczajeń do kieszeni oznacza, że nie mam w sobie neurotycznej potrzeby szukania cudzej aprobaty w każdej sekundzie mojego istnienia. Moje poczucie własnej wartości nie ucierpi od tego, że przez dwa dni dostosuję swój rytm do kogoś innego. Nie umrę od tego. Co więcej – kiedy na chwilę zamknę nadawanie własnego komunikatu pt. „JA”, nagle zyskuję przestrzeń, by otworzyć oczy i uszy na drugiego człowieka. Na to, co on ma do powiedzenia.
Luksus posiadania tajemnic
Nie mam w swoim życiu relacji powierzchownych. Nie pytam ludzi „co tam?”, kiedy mam to głęboko w nosie. Jeśli odzywam się do kogoś po latach, to dlatego, że naprawdę chciałam. Moja dostępność nie jest darmowym bufetem dla każdego przechodnia.
I im jestem starsza, tym większą czuję satysfakcję z tego, że nie wywalam wszystkiego na wierzch.
Są różne stopnie bliskości i to jest najpiękniejsza rzecz na świecie. Nie muszę chlastać po oczach znajomych z Facebooka sukcesami mojego dziecka, żeby być z niego dumną. Moje szczęście, moje nawyki, moje małe dziwactwa i moje wielkie dramaty nie są towarem masowym.
Ta współczesna presja na totalną transparentność to w rzeczywistości pokraczne, desperackie szukanie uwagi. Prawdziwa autentyczność nie potrzebuje publiczności ani zgody otoczenia. Siedzi cicho w środku i wie, kim jest.
Nie czuję się na tyle interesująca, żeby każdy musiał mnie znać z każdej strony. I wiecie co? To jest niesamowicie uwalniające uczucie.

Komentarze
Prześlij komentarz