Kosmos przy okazji Project Hail Mary
Instrukcja obsługi jeżdżącego chodnika,
czyli jak oszukać własny kosmos
Ryland Grace, główny bohater filmu Project Hail Mary, budzi się w obcym układzie gwiezdnym, otoczony przez pikające maszyny i kompletną pustkę. Nie pamięta, jak się nazywa, dlaczego tam jest, ani dlaczego cała ludzkość liczy akurat na niego. Musi na chłodno, naukowo ogarnąć chaos, zanim ten go pochłonie.
Bardzo go szanuję. Znam ten stan.
Budzę się rano, otwieram oczy i sprawdzam, jaki poziom trudności przygotował dla mnie wszechświat na dzisiejszy poranek. Ponieważ od 4 lat idę przez życie pod rękę ze stwardnieniem rozsianym, bycie kosmitką mam opanowane do perfekcji. Moje objawy potrafią mnie tak skutecznie odkleić od reszty społeczeństwa (a nawet od innych stwardnieniowców), że czasem czuję się, jakbym nadawała w zupełnie innej radiowej częstotliwości.
Włączam tryb „wiem, co robię”. Każdego dnia. Nawet gdy kompletnie nie wiem, i nie mam nadziei, czy złudzeń, co do tego, czy się dowiem.
Surfing na bezwładnym asfalcie
Idę ulicą. Dla przeciętnego przechodnia chodnik pod moimi stopami to po prostu stabilny kawałek wylanego betonu. Dla mnie? Konkretny, zaawansowany surfing. Podłoże potrafi tańczyć, jeździć przed oczami i udawać, że ma płynną konsystencję.
Co wtedy robię? Oszukuję własny mózg.
Patrzę na ten uciekający krawężnik i wmawiam mu – oraz sobie – że wszystko jest w absolutnym porządku. Ignoruję parametry, które krzyczą, że powinnam natychmiast zaliczyć twarde lądowanie. Głęboko wierzę, że jako ludzie jesteśmy w stanie wmówić sobie absolutnie wszystko. Łącznie z tym, że jesteśmy zdrowi, stabilni i panujemy nad grawitacją, nawet gdy wszystkie systemy pokładowe zgłaszają błąd krytyczny.
To są te tajemnice tego świata, które wykraczają daleko poza nas, które na całe szczęście wciąż wymykają się algorytmom sztucznej inteligencji. Maszyna przy takich odczytach dawno by się wyłączyła. Człowiek? Człowiek poprawia plecak i idzie dalej.
Udając dorosłych przed samymi sobą
Gdyby mała Monika z przeszłości mogła zobaczyć tę starszą, dzisiejszą Monikę, prawdopodobnie otworzyłaby usta w niemym zdziwieniu. Nie uwierzyłaby, przed jakimi sytuacjami postawiło ją życie i ile z nich była w stanie przetrwać bez permanentnego załamania nerwowego.
I wiecie co? Wcale nie jestem w tym wyjątkowa. Każdy z nas ma w sobie taką małą wersję samego siebie, która patrzy na nas z niedowierzaniem.
Problem w tym, że w większości potwornie skutecznie udajemy dorosłych. Wchodzimy w role ekspertów, poważnych ludzi, matek, ojców, liderów, byle tylko nie pokazać przed światem – a już zwłaszcza przed własnymi dziećmi – że są momenty, w których po prostu trzęsiemy portkami z przerażenia. Boimy się przyznać, że ta kosmiczna samotność dopada nas w samym środku tłumu, na środku idealnie równego chodnika.
Międzygalaktyczne braterstwo w kryzysie
W Project Hail Mary najpiękniejszy nie jest wcale twardy, naukowy minimalizm. Najpiękniejszy jest moment, w którym ta totalna, kosmiczna samotność przechodzi w międzygalaktyczne braterstwo. Prawdziwe porozumienie, ratunek i ulgę bohater znajduje tam, gdzie zupełnie się tego nie spodziewał. W relacji z kimś, z kim teoretycznie nie powinno go nic łączyć.
Życie regularnie stawia nas w okolicznościach, które mają nam pokazać, do czego jesteśmy zdolni. I jak bardzo potrzebujemy drugiego człowieka, żeby nie zwariować w swojej własnej, prywatnej próżni. Dramat miesza się z humorem, powagę przełamuje banalny drobiazg. Dokładnie tak jak w kinie, dokładnie tak jak w codzienności.
Nie musisz lecieć w kosmos, żeby przeżyć misję ratunkową. Czasem największym wyczynem jest po prostu zaufanie własnej intuicji, kiedy cały świat wokół Ciebie zaczyna falować. Słuchaj siebie. Twój wewnętrzny nawigator wie, jak utrzymać kurs, nawet gdy chodnik znowu postanowi odpłynąć.
Każdy z nas udaje, że wie, co robi. I każdy z nas czasem trzęsie portkami – i to jest w tym wszystkim najbardziej ludzkie.
Zajrzyj wgłąb kosmosu ludzkiej psychiki
Skoro już wiesz, jak to jest surfować na uciekającym chodniku i okiełznywać wewnętrzny chaos, sprawdź moją książkę pod prowokującym tytułem "Czy moje plecy istnieją?". To podróż przez meandry codziennej egzystencji, percepcji i odnajdywania stabilności w płynnym świecie.
Zobacz moje książki
Komentarze
Prześlij komentarz