Cholera, nikt nie chce ze mną morsować
Ostatnio każdy basen owocuje wpisem na blogu. A że na basenie już praktycznie mieszkam, to spokojnie mogę nadawać ksywy ratownikom i ludziom, których widuję. Na razie, na te wszystkie razy, zdaje się, że jestem jedyną osobą, która w wodzie popyla w sukienkowym stroju kąpielowym. Sukienkowe stroje są ekstra – polecam żeńskiej części, która mnie czyta. ✏️ :D
Niedawno odkryłam kawę bezkofeinową i moje życie zmieniło się na lepsze, bo nie naparzam już we własny chory układ nerwowy, a przy tym cieszę się smakiem i czuję, że wygrałam życie.
📌 Cholera, nikt nie chce ze mną morsować
Nie morsowałam nigdy, choć zdarza się, że wchodzę do Bałtyku w maju i pływam. Nie odpuszczę żadnej rzece na wakacjach czy jeziorom – zawsze jestem przygotowana, aby wskoczyć, nawet jeśli tylko po łydki. Woda ma w sobie coś takiego, że oporu nie stawiam. Co kiedyś zaowocowało tym, że naliczyłam 45 ugryzień komarów na łydce. Wyglądałam, jakby pogryzł mnie pies.
Tej zimy, tej mroźnej zimy, której zamarzały wszystkie płyny w ciele – popylałam na boso po śniegu. Zimno jest tylko na początku, potem jest gorąco. Spodziewam się, że z morsowaniem jest podobnie. Przy każdej możliwej sytuacji społecznej ruszam temat morsowania i, cholera, nikt nie chce morsować. Zazwyczaj wszyscy patrzą na mnie, jakbym miała coś z mózgiem. I w sumie to się nie mylą, bo mam SM :D
Ciekawa jestem, czy w tym życiu znajdzie się taki świrus albo świruska gotowa do wspólnego morsowania. Wszyscy jacyś tacy ciepłolubni i wodoodporni. Sama nie chcę kombinować, bo jednak SM to czynnik, który muszę brać pod uwagę chociaż trochę. Ale gdyby był ktoś, kto już ten temat ogarnia, jest gotów podzielić się wiedzą i przy okazji sprawdzać, czy nie umieram – to byłoby fantastycznie.
📌 Dzisiejszy basen z kategorii tych udanych
Dzięki nie najcieplejszej pogodzie część ludności stwierdziła, że basen zewnętrzny to nie dla nich, bo za zimno – więc zdrowo się napływałam przy dźwiękach latających samolotów i śpiewających ptaków. Było ekstra na tyle, że nawet odeszły mi strachy przed zjeżdżalnią. Dzisiaj stwierdziłam: w dupie, żyć nie umierać, życie i tak szybko leci.
Więc zjechałam na tych zjeżdżalniach, na które moja Psiapsi nawet nie patrzy, bo tak jest zdjęta lękiem. Choć... dla przykładu, ona zjeżdża na tych, na których ja nie zjeżdżam. Uzupełniamy się więc i w tym temacie.
Po tym basenie dostałam takiego powera, że mogłabym całą noc biegać dookoła bloku i słuchać Never Ending Story. Jednak nie zrobię tego, bo nie chcę znowu być zaproszona na imprezę do piwnicy. To dokładnie ten poziom imprezy, który należy obdarzyć uwagą tylko po to, aby zadzwonić na numery alarmowe i sprawdzić, czy straż miejska coś robi poza tym, że jest.
📌 Uwielbiam taksówkarzy – nie uberzystów
Należę do tego pokolenia, które lubi wiedzieć, z kim jedzie. Totalnie nie czaję tej dzisiejszej mody na wsiadanie do auta z byle kim, kto nawet nie musi mieć żadnych papierów o niekaralności. Osobę płci żeńskiej z mojego bliskiego otoczenia Uber próbował wywieźć do lasu, więc wyobraźcie sobie, jak bardzo spadł mój poziom zaufania do tych kierowców.
I ok, na pewno zdarzają się uczciwi ludzie, ale... No nie wiem... Gdzie jedziesz? Z kim? Na jak długo? Kiedy wrócisz? – to są jakieś takie podstawy z przeszłości. A jeśli wsiadasz do auta z gościem, którego nawet nie da się zidentyfikować, jeśli się coś stanie, no to chyba nie jest do końca sensowne wsiadać do takiego wozu.
W tym tygodniu jechałam taksówką i rzuciłam w którymś momencie hasło Indiana Jones. Pan taksówkarz się zdziwił, że pamiętam ten film, i prędko zmienił się klimat w samochodzie na fascynację tematem. Wywiązała nam się fantastyczna dyskusja o kinematografii! Przegadaliśmy stare Star Wars, Kosmos 1999... Strasznie chciałam dojść do Stacji Arktycznej Zebry, Zakazanej Planety, a gdzieś z tyłu głowy już mi krążył Obcy.
Naprawdę tak fajnie nam się rozmawiało, że chętnie bym jechała dłużej. Plus... uwielbiam historie, czemu nie ma co się dziwić, kiedy sama zajmuję się storytellingiem. I w zasadzie każda podróż taksówką kojarzy mi się z ciekawymi historiami, które zostawały we mnie na długo.
Lubisz dobre, życiowe historie?
Więcej moich przemyśleń o oswajaniu codzienności, lękach i łapaniu dystansu do świata (oraz własnego ciała!) znajdziesz w mojej książce „Czy moje plecy istnieją?”.
Zobacz moje książki →
Komentarze
Prześlij komentarz