Bóg w kieszeni, czyli jak zapłaciliśmy za prawo do oddychania
Bóg w kieszeni
czyli jak zapłaciliśmy za prawo do oddychania
Żyjemy w czasach, w których człowiek przestał ufać własnemu tyłkowi, gdy ten mówi mu, że krzesło jest niewygodne. Zamiast tego sprawdza w aplikacji mobilnej, czy jego „wellness score” sugeruje zmianę pozycji. Doszliśmy do ściany. A właściwie do ekranu, który tę ścianę udaje.
Subskrypcja na ciszę
Szczytem naszych cywilizacyjnych osiągnięć jest moment, w którym instalujemy aplikację, by przez dziesięć minut nic nie robić. Płacimy kilkanaście dolarów miesięcznie za to, by kojący głos lektora pozwolił nam... posiedzieć w ciszy.
To tak, jakbyś wynajmowała kogoś, kto za opłatą będzie trzymał cię za rękę i mówił: „Teraz możesz mrugnąć”. Zapomnieliśmy, że cisza jest darmowa. Jeśli algorytm nie odnotuje naszej medytacji, to czy ona w ogóle się wydarzyła?
Bóg w wersji Premium
Jeszcze ciekawiej robi się w sferze ducha. Szukamy „Boga w kieszeni”. Aplikacje do modlitwy, liczniki intencji, cyfrowe przypominajki o absolucie. Wszystko musi mieć interfejs, pasek postępu i system nagród.
Duchowość to nie jest CRM do zarządzania zbawieniem. To przestrzeń, w której nie ma zasięgu.
Budzisz się. Masz energię. Ale zegarek mówi: „Twoja regeneracja wyniosła 34%”. I nagle zaczynają boleć cię plecy. Oddaliśmy prawo do czucia siebie w ręce programistów z Doliny Krzemowej.
Wyzwanie: Powrót do ustawień fabrycznych
Zrób coś, czego nie zmierzysz. Idź na spacer bez telefonu. Posiedź w ciszy bez licznika czasu. Kiedy poczujesz głód, zmęczenie albo radość — uwierz sobie na słowo. Bez sprawdzania wykresu.
Twoja intuicja wciąż tam jest. I w przeciwieństwie do Twojego telefonu, nigdy nie potrzebuje ładowarki ani aktualizacji systemu.

Komentarze
Prześlij komentarz