Skarby - i jak ich traktować?

Zaraz się pewnie ktoś podniesie z oburzeniem, że zdeklarowana katoliczka czyta książki napisane przez protestantów. Nie bądźmy tacy ograniczeni, mądrość nie zna etykiet. Albo się jest mądrym, albo się nie jest – niezależnie od różnic poglądowych, kulturowych, religijnych, czy jakichś innych.

Słowo o autorze

Mark Gungor to jeden z najbardziej znanych mówców i doradców w relacjach damsko-męskich w Ameryce. Jest równocześnie pastorem, który w swojej posłudze bardzo często ucieka się do satyry i ironii, aby jeszcze bardziej zobrazować własny przekaz.

Wszystko bardzo pięknie

I choć ogólnie zgadzam się z autorem, że powinniśmy siebie nawzajem traktować jak największy skarb (nie ulega to wątpliwości), to też jestem przekonana, że konieczna jest jakaś równowaga. Co to dokładnie znaczy?



Nie ukrywam, że książkę tę czytało się miło i przyjemnie i znalazłam w niej kilka naprawdę trafnych konkluzji. Ale przez całą lekturę zastanawiałam się czy rzeczywiście mężczyźni tyleż samo wysiłku wkładają w komunikację z kobietami, ile kobiety w komunikację z mężczyznami? Z całym szacunkiem dla panów – szczerze wątpię :) .

W całym swoim życiu nie widziałam ani jednego faceta, który czytałby książkę o tym, jak porozumieć się z kobietą i jak zbudować z nią zdrową relację opartą na komunikacji. Oczywiście, to, że nie widziałam takiego faceta, nie znaczy, że taki nie istnieje. Być może np. robią to, ale się do tego nie przyznają – nie wiem.

Wysiłek

Jedno jest pewne, w każdą relację należy włożyć w jakiś wysiłek. Ludzie różnią się od siebie, niezależnie od tego, czy żyją w związku partnerskim, czy w małżeństwie. Cukierkowa propaganda komedii romantycznych, może w niektórych wywołać błędne wrażenie, że małżeństwo to taki magiczny płaszcz, który nagle przykrywa wszystkie różnice. Otóż nie.

I właśnie dlatego wielu ludzi nie decyduje się na założenie tego płaszcza. Żyjemy dzisiaj głównie bezwysiłkowo i perspektywa włożenia długofalowego wysiłku w cokolwiek jest coraz mniej atrakcyjna. Dlatego niektórzy wolą pozostawić sobie otwarte furtki. Nie oszukujmy się, relacja w której w każdej chwili możesz po prostu wstać i wyjść, ma zupełnie inną jakość niż ta związana węzłem małżeńskim. Choć oczywiście nie zamierzam tym twierdzeniem kwestionować niczyich uczuć.

Tymczasem im szybciej zrozumiemy, że świat zbudowany jest na różnicach, tym łatwiej nam będzie z nimi żyć. Coraz częściej słyszę historie o rozstaniach, które zaczynają się od braku rozmowy. Ona czeka aż on coś powie, a on czeka aż ona coś powie. Niewypowiedziane problemy urastają do niewiadomo jak wielkiej rangi… Często zaczyna się od takiej bzdury jak źle złożony ręcznik (o tym też w książce Gungora) i nagle okazuje się, że nie ma już o czym rozmawiać, bo balon napompował się tak bardzo, że jedyne na co czekamy to… wielki wybuch.

A jeszcze jak do tego wszystkiego wtrącać się zaczyna rodzina jednej lub drugiej strony, to już w ogóle – krzyżyk na drogę. Nie dziwi mnie wcale, że rozpadają się te małżeństwa, w których najwięcej do powiedzenia mają… teściowie. Znam takie przypadki, w których rozwód rozgrywa się na kanwie całej rodziny, wszyscy omawiają ze sobą najdrobniejsze szczegóły, a główni zainteresowani nie mogą się zdobyć na jedną szczerą rozmowę.

Kobiety uzależnione od matek

Ale nie zwalajmy wszystkiego na mężczyzn, bo z całym szacunkiem dla różnych ruchów feministycznych, girl power nie równa się od razu temu, że wszystkie jesteśmy kryształowe i zawsze bez winy. Znam takie kobiety, które przez całe swoje życie nie ucięły pępowiny z matką, nie potrafią jej się postawić ani wyraźnie zaznaczyć granic.

O ile masz lat dwadzieścia parę, to jeszcze nie jest tak źle, bo wciąż masz czas na zmianę. Ale jeśli kobieta ma lat 60 i o jej sprawach biznesowych decyduje matka, która wie o wszystkim w przeciwieństwie do męża, no to jest coś grubo nie halo. I np. są takie sytuacje, że cała rodzina szepcze „nie mów jej mężowi, on nie wie, że ona ma kredyt”. No błagam, takie małżeństwa to dla mnie fikcja.

Inny przypadek to kobiety, które nie mają własnego zdania i całe życie podporządkowują temu, że mama ma zawsze rację. Oczywiście nie zakwestionują tego, kiedy matki bez pardonu jadą po ich mężach a następnie przyklaskują rozprawie rozwodowej. Żadnemu mężczyźnie nie życzę takiej kobiety, podobnie jak żadnej kobiecie nie życzę takiego mężczyzny, który w ten sposób uzależniałby swoje życie od rodziców.

Kolejny przypadek to kobiety, które są same, bo każdy mężczyzna musi przejść przez mamusiowy filtr. Znam takich przypadków niestety dużo. Zamiast same się zastanowić w swoim sercu, pytają mamę co myśli na ten temat i ostatecznie matka wybiera im faceta, a jak można się domyślić… Żaden nie przechodzi przez ten restrykcyjny filtr. I później wielkie dramaty, że „jestem sama tyle czasu” a może wreszcie weź się w garść i z małej dziewczynki wyewoluuj w kobietę, która podejmuje własne decyzje i bierze na klatę ich konsekwencje? To nie twoja matka będzie żyła z twoim facetem, tylko ty.

Konkluzje

I znowu mi wyszło o książce, ale jakby trochę obok. Polecam tę książkę, bo nawet jeśli nie ze wszystkim się zgadzam, to rzuca światło na męski sposób myślenia. A dla nas kobiet, lepiej będzie po prostu przyjąć pewne rzeczy jako fakt i niekoniecznie wciskać się wszędzie ze swoimi analizami.

To samo można oczywiście powiedzieć do mężczyzn. Co więcej ten sam autor napisał poradnik dotyczący kobiet, skierowany do mężczyzn – będę chciała na pewno po niego sięgnąć i zobaczyć, co tam jest napisane ;)

Ciekawa jestem Waszych przemyśleń na ten temat, dajcie koniecznie znać w komentarzach.

Trzymajcie się ciepło i przytulnie <3

Copyright © Mama Kapitan