Przygody recenzentki, to, co naprawdę się zdarza, ale o czym się nie mówi

Książki, produkty i różne usługi recenzuję już od dobrych 12 lat (tak, zaczęłam kiedy miałam 15 lat) i przez ten czas spotkałam się z różnymi sytuacjami i historiami, o których początkujący recenzent może nie mieć pojęcia. W tym tekście, chcę się z Tobą podzielić swoimi doświadczeniami, bo wierzę, że mogą być dla Ciebie pożytecznymi wskazówkami dotyczącymi tego, co robić w niektórych sytuacjach.

Statystyki najważniejsze

Zauważyłam ciekawą zależność. Zazwyczaj te instytucje, które największą uwagę zwracają na statystyki, podczas współprac regularnie zapominają o czymś takim, jak czynnik ludzki. A w rzeczywistości współpraca układa się najlepiej z tymi firmami/instytucjami, które próbują Cię najpierw poznać, a dopiero potem pytają o statystyki, jako o dodatkowy a nie najważniejszy czynnik.


Wariacje i dzikie furie

Raz na parę lat zdarza się taka sytuacja, w której sfrustrowany autor książki pisze listy z pogróżkami do recenzenta. Miałam taką sytuację raz. Co do drugiego razu, mam tylko swoje podejrzenia. Parę lat temu skrytykowałam książkę pewnej autorki, która twierdziła, że jej opowieść oparta jest na faktach. Niemniej jednak, w książce było pełno niezgadzających się ze sobą dat, które bardzo wyraźnie sugerowały, że może być to szwindel i mocno nieudana fikcja literacka, która pragnie udawać prawdziwą historię. Po mojej recenzji zaczęła się burza.

Autorka napisała na moim blogu, co o mnie myśli wystawiając sobie samej świadectwo. Oczywiście pojawił się tekst o tym, że nie mam mózgu (a jakże!) i pewnie nie mam matury (akurat byłam wtedy na studiach drugiego stopnia). Niespecjalnie kreatywni są ci moi hejterzy, bo ciągle ktoś się rozpisuje o mojej rzekomo niepełnej edukacji, braku mózgu i problemach psychicznych. Nuda ;) 

Ta sama autorka napisała do mnie maila z pogróżkami, wygrażała się sądem, jeżeli nie usunę recenzji. Ścigała mnie w moich mediach społecznościowych wystawiając wulgarne i obraźliwe komentarze. Groźbami dotyczącymi sądu oczywiście nie przejęłam się, bo nie miały żadnego pokrycia ani żadnej podstawy, a my nie żyjemy w kraju cenzury, w którym nie można wygłosić opinii o książce.

Skończyło się tak, że wydawnictwo wystosowało oficjalny list z przeprosinami do mnie, a także wyjaśnieniami. W których napisali mi, że autorka książki jest osobą niezrównoważoną psychicznie (a to ci nowina!) i wszystkie komentarze zniknęły z Internetu, a moja recenzja pozostała w stanie nienaruszonym.

Wydawnicze porachunki

Zdarza się również tak, że same wydawnictwa nie potrafią przyjąć na  klatę negatywnej recenzji. Na szczęście zdarza się to rzadko, bo na przestrzeni lat i wielu współprac zdarzyło mi się to tylko dwa razy. Przy czym raz, był wyjątkowo skrajny. Było to dosyć osobliwe, ponieważ moja recenzja nie była jednoznacznie negatywna, dałam książce 5/10 i argumentowałam dlaczego.

Odzew wydawnictwa był natychmiastowy. I pojawiły się sądowe pogróżki, że działam na szkodę wydawnictwa, że jestem podwójnym agentem z konkurencji (zabawne, nigdy nie pracowałam w żadnym wydawnictwie choć od czasu do czasu się o to starałam) i tak dalej. Sami zgodzili się  na recenzję, sami używali słowa „recenzja” a nie „promocja”, czy „reklama”, więc ja ze stoickim spokojem tłumaczyłam osobie po drugiej stronie, że nie ma żadnych podstaw prawnych aby mnie oskarżyć. Cóż… widocznie wydawnictwo spodziewało się samych pozytywnych recenzji swoich książek. Choć nadal jestem zdziwiona tamtą sytuacją, bo oceń sam… 5/10 to tak naprawdę ani dobrze, ani źle.

Druga sytuacja miała miejsce stosunkowo niedawno. Otrzymałam naburmuszoną wiadomość z opinią, że moja recenzja jest ironiczna i nierzetelna. Oczywiście, że była ironiczna. Książka mi się nie podobała i nie będę okraszać pięknymi słowami czegoś, co na to po prostu nie zasługuje. I tak uważam, że byłam dosyć łagodna jak na swoje możliwości. Ale jest różnica pomiędzy mówieniem o książce, a mówieniem o jej autorze, pomiędzy hejtem a ironią, pomiędzy hejtem a negatywną recenzją. I trzeba o tym pamiętać, bo za chwile okaże się, że nic negatywnego nie można na żaden temat powiedzieć, tylko trzeba kadzić sobie nawzajem bo jest to poprawne politycznie.

Co robię w takich sytuacjach? Wyciszam współpracę z danym wydawnictwem lub instytucją. Nie zbiednieję od tego, że zrezygnuję ze współpracy z jednym, czy dwoma  wydawnictwami. Bo nadal jest  cała masa osób, które chętnie ze mną współpracują i cenią sobie moje recenzje. Jeśli już ktoś na tym traci, to druga strona. Żaden recenzent nie będzie chciał współpracować z kimś, kto nie potrafi przyjąć słów krytyki. Nawet przyjaźń czy miłość, nie są relacjami, w których się całymi dniami głaszcze drugą osobę i mówi „och, jak wspaniale wszystko robisz”. A recenzowanie… No cóż, na tym polega. Nie zawsze jest tylko pozytywne.

Konkluzje, podsumowania

Oczywiście nie zmienia to faktu, że recenzowanie jest  super przygodą i na dłuższą metę nie ma się co zrażać dziwnymi potyczkami, czy sytuacjami. I nawet jeśli pojawi się chwilowy stres, mija. Potem pozostaje tylko pamięć o tych zwariowanych przypadkach i nauczka na przyszłość z kim warto, a z kim nie warto współpracować.

A Ty doświadczyłeś już pierwszych recenzenckich potyczek?

Ściskam ciepło i przytulnie <3

Copyright © Mama Kapitan