Ludzkie zoo i algorytmy miłości. Dlaczego współczesne relacje to martwy sezon w cyrku?
Ludzkie zoo i algorytmy miłości. Dlaczego współczesne relacje to martwy sezon w cyrku?
Życie towarzyskie to dziś tani bilet do cyrku, na który wszyscy patrzą, ale nikt nie ma siły wejść do środka. Kupujemy go jednym "lajkiem" – szybki strzał dopaminy, odhaczenie obecności, cyk, relacja załatwiona. Tylko, że rzeczywistość to nie jest algorytm z Instagrama.
Wydmuszki w świecie small talku
Wszyscy narzekają, że ludzie ze sobą nie rozmawiają, ale sami wolą bezpiecznie kisić się w odmętach small talku. Pytasz, drążysz, próbujesz wyciągnąć kogoś z tej letniej płycizny, a w zamian dostajesz uprzejmą ciszę albo monolog przebrany za dialog. Człowiek zaczyna się czuć jak wypchana trocinkami wydmuszka – pusta w środku, bo nikt nawet nie zadał sobie trudu, żeby sprawdzić, co jest pod skorupą. I właśnie dlatego w moim życiu nie ma miejsca na relacje, które opierają się tylko na wymianie informacji o tym, co wydarzyło się w zeszłym tygodniu. Takie układy znikają błyskawicznie, bo są po prostu wydrążone od środka. Jeżeli jedynym tematem, jaki masz z człowiekiem, jest pogoda i streszczenie ostatnich wydarzeń z Madison County, to ta znajomość z definicji ma datę ważności – i termin właśnie minął.
Do tego dochodzi fabryka paranoi, jaką serwują nam media społecznościowe. Jesteśmy tam ciągle napuszczani jedni na drugich. Masz poukładane życie, dobrą relację – pod wieloma względami praktyczną, ekonomiczną, osadzoną w ciepłych wartościach – a algorytm i tak wbije ci szpilę. Wyciągnie jakieś drobne, ludzkie niedociągnięcie i namaluje je na ścianie jaskrawą czerwoną flagą z hasłem: „bez kija nie podchodź”. Prawda jest taka, że im bardziej odkleisz się od tej internetowej paplaniny o tym, jak rzekomo powinny wyglądać związki, tym łatwiej będzie Ci po prostu żyć. Bo jak niby masz wchodzić w relacje z drugim człowiekiem, kiedy cały ten medialny cyrk wmawia ci, że każdy dookoła zaraz Cię skrzywdzi albo wykorzysta?
Cyrk w lustrze, czyli relacja z samym sobą
A co robimy z relacją z samym sobą? Tu dopiero zaczyna się istny cyrk na kółkach. Social media skutecznie blokują jakąkolwiek szansę na to, żeby w ogóle ze sobą normalnie pobyć. Jesteś trochę bardziej przy kości? To natychmiast bierz Ozempic. Weźmiesz Ozempic? No to dorobisz się "Ozempic face", po którym zaczniesz wyglądać jak uciekinier ze świtu żywych trupów, a potem i tak wrócisz do wagi z nawiązką. Z jednej strony modne są napompowane tyłki à la Kardashianki, z drugiej wracają wychudzone sylwetki. I tak oto człowiek siedzi i porównuje swoje ciało do jakichś dziwnych, pokracznych wzorców z Internetu - które na spokojnie wszystkie razem mogłyby trafić do komiksu Kajko i Kokosz w krainie Borostworów Janusza Christy.
Najbardziej przerażające jest to, że ten absurd rozlał się już na najmłodszych. Obserwuję u moich znacznie młodszych koleżanek ten głupi trend, w którym dwudziestolatki masowo idą wypychać sobie twarz sztucznymi chemikaliami i robić botoks, niszcząc naturalną piękność. W życiu by mi do głowy nie przyszło w tym wieku, żeby majstrować coś przy rysach. A najgorsza w tym wszystkim jest ta obrzydliwa nowomowa o „poprawianiu się”. Poprawiać to można błędy w tekście albo zdrowotne deficyty, które utrudniają życie. A fanaberia pod tytułem, że „teraz takie usta są modne, a jutro będą inne”? Skutkuje karykaturalnymi twarzami oszpeconymi błędami operacji plastycznych. Narażę się oczywiście, ale dla mnie Małgorzata Rozenek-Majdan z nową twarzą, to nie jest przykład prawdziwego kobiecego piękna, a przykry upadek człowieka, który nie odbył terapii i teraz prowadzi programy pozornie ulepszające życie zakompleksionym Polkom. Przy czym "pozornie" to słowo klucz.
Spacer, kontekst i wybór
A kiedy już oderwiemy się od ekranów, żeby realnie pobyć z ludźmi, okazuje się, że marnujemy ten czas na własne życzenie. Uwielbiam spacerować, być w drodze i robić coś razem ze znajomymi – chodzi o to, żeby ruszyć się z miejsca, a nie siedzieć naprzeciwko siebie i odhaczać protokół z minionego tygodnia. Pamiętam ten absurd, gdy zostałam mamą i nagle wszędzie – dokądkolwiek uciekłaś z domu – głównym tematem stawały się pieluchy i domowa proza życia. Przecież wychodzisz po to, żeby zmienić kontekst, pogadać o czymś INNYM. Macierzyństwo to moja ulubiona życiowa rola, moja druga ulubiona rola - to praca, jestem zadaniowcem i lubię flow wynikający z tego. Inne obszary bywają mocno dyskusyjne, co nie sądzę żeby wynikało z jakiejś bariery w świecie nie do przekroczenia, a po prostu jest pochodną mojego specyficznego charakteru. Ale... wracając, każdy z nas miał życie przed pieluchami i w pieluchach ono się nie skończyło, a ile można gadać o tym, czy DADA, czy Pampers?
Podobnie absurdalny jest schemat, w którym pokłócisz się z facetem, wychodzisz na kawę z kumpelą i przez kolejne dwie godziny „obrabiasz dupę temu facetowi, co został w domu”. No litości. Zamiast zostawić go tam, gdzie jego miejsce, oderwać się od problemu i spędzić fajnie czas, tkwisz w tej samej toksycznej energii przez całe spotkanie. Wracasz do domu z poczuciem, że kolejna relacja została zatruta, a przecież to nie wina faceta, tylko Twoja własna mikro-decyzja, by zmarnować ten moment na narzekanie i przerabianie sytuacji, która już się wydarzyła. A jeżeli się wydarzyła, to jest w przeszłości, a jeśli jest w przeszłości - to decyzja, czy wjedzie ten fakt na Twoją teraźniejszość, czy nie, zwyczajnie zależy od Ciebie. Masowa masa takich drobnych wyborów decyduje o tym, co robimy ze swoim życiem, a nie zły los, czy Bóg, którego chętnie mieszamy do każdej pierdoły, która nam nie wychodzi - ale już od sukcesów oddzielamy.
Średniowiecze w alkowach i szacunek do otoczenia
Ostatnio słuchałam też podcastu z seksuolożką, która wyciągnęła na wierzch gabinetowe opowieści o tym, co tak naprawdę siedzi w łóżkach Polaków i czego chłopy panicznie boją się powiedzieć swoim kobietom. Słuchałam tego z rosnącym niedowierzaniem, myśląc sobie: na litość boską, mówimy o absolutnych podstawach egzystencji, a współczesne relacje pod tym względem tkwią głęboko w średniowieczu. Jak to możliwe, że o tak przyziemnych i normalnych sprawach facet nie potrafi się zająknąć przed własną partnerką, bo ma blokadę? W drugą stronę – co zresztą sama ekspertka potwierdzała – ten problem wygląda zupełnie inaczej, bo kobiety z reguły walą prosto z mostu albo wprost wymagają jasności. Ta nierównowaga bywa po prostu olbrzymia. A bycie w związku, w którym nie potrafisz otworzyć gęby na temat własnych potrzeb, to prosta droga do emocjonalnej katastrofy. I nie, nie twierdzę, że to z facetami jest coś nie tak, to ze związkami jest coś grubo nie tak, jeśli nie ma przestrzeni na takie rozmowy.
Przez lata przez moje życie przewinęło się i pewnie jeszcze przewinie mnóstwo ludzi. Zdarzali się tacy, którzy potrafili wystarczyć sami sobie do rozmowy – i choć jestem bardzo wygadana i łatwo mnie wkręcić w moje tematy, w których potrafię totalnie odpłynąć, to szybko weryfikuję, kto w tej relacji w ogóle ma szacunek do otoczenia. Trafiałam na jednostki tak skrajnie egocentryczne i atencyjne, że potrafiły zignorować rzucone trzykrotnie przez kogoś innego pytanie: „zrobić Ci kawy?”. I człowiek się zastanawia, czy ta osoba jest po prostu głucha, czy ma jakiś fabryczny feler, aż w końcu dociera do Ciebie, że ona po prostu z premedytacją ignoruje innych. Dla mnie to był definitywny powód, żeby to było nasze ostatnie spotkanie.
Bo jeśli już mowa o wzajemnym szacunku, to spójrzmy na to, jak traktujemy się nawzajem w bliższych relacjach. To jest mega ważne. Zawsze było dla mnie fascynująco dziwne – i nadal jest – kiedy słyszę, jak ktoś mówi o swojej drugiej połowie per „stary” albo „stara”. No litości. Ze starą czy ze starym to się co najwyżej idzie po węgiel do piwnicy, a nie do łóżka.
Metoda sokratejska na nudę
A przecież marnujemy gigantyczny, niezrealizowany potencjał. Arystoteles uczył nas, że przejście z potencjalności do aktu wymaga działania. A w tym przypadku konkretnej energii włożonej w to, żeby z tej relacji w ogóle coś wycisnąć. Jeśli bierność jest domyślnym stanem materii, to brak zaangażowania po prostu skazuje relacje na śmierć w męczarniach. Drogę do głębi wcale nie jest z resztą daleka. Wystarczy porzucić tę popieprzoną kulturę powierzchowności i odpalić metodę sokratejską: zacząć pytać zamiast oceniać i żebrać o uwagę.
Tyle że moja ekipa zdążyła się już do tego przyzwyczaić. Moi bliscy wiedzą, że potrafię napisać o czwartej w nocy totalnie z czapy, bez ładu, składu i jakiegokolwiek wstępu. Zaczynam od środka zdania, bo w głowie od dłuższego czasu mielę ukryte założenie, o którym nikt jeszcze nie słyszał. I o dziwo – te dziwne, wyjęte znikąd wrzutki jakoś magicznie przekształcają się w rozmowy, które dotykają najważniejszych rzeczy w naszych duszach. Przeskakujemy ze śmieciowego small talku prosto w deep talk, bo komuś wreszcie chciało się ruszyć tyłek. I wiadomo, że ludzie odpiszą mi rano, chociaż czasem się zdarza, że ktoś nie śpi. Mimo tego, od zawsze mam w sobie to pragnienie rozmowy, w której nie chodzi o to, żeby ktoś przybijał mi piątki. Każdy człowiek to jest zupełnie inny mikroświat, a jednak wszyscy razem jesteśmy elementami większego systemu, wpływamy na siebie nawet jak się ze sobą nie zgadzamy, po co to sobie odbierać?
Masz dosyć powierzchowności i szukasz czegoś, co zmusza do myślenia? Sprawdź tę książkę:
Odkryj moje książki
Komentarze
Prześlij komentarz