TRYB JASNY/CIEMNY

You’ve got mail, Pretty Woman, Kiedy Harry poznał Sally… i inne bajki z krainy Milenialsów

Weźmy dzisiaj na warsztat romantyczne filmy z tak zwanych czasów Milenialsów. Czyli wszystko to, o czym nikt nam nie powiedział, a na co naiwnie miałyśmy nadzieję, popijając kakao i wierząc w bajki o mrocznych książętach. Mój ulubiony z tej całej popkulturowej świty to Masz wiadomość – pewnie z uwagi na słabość do pisania, nocnych rozmów i small talku, który niepostrzeżenie staje się big talkiem. Jednak to wciąż jest pewna bajka. Pierwsze miejsce na podium zajmuje więc bardziej życiowy film Kiedy Harry poznał Sally. 

J. zarzucił mi niedawno, że nie ogarniam idei small talku, bo poważne tematy, o których mówię nazywam small talkiem. Mówi, że nie z każdym się o tym rozmawia. No dobra, może ma trochę racji, ale tylko trochę. Nie mam znajomych z którymi nie mogłabym ruszać ciężkich tematów. Moje relacje z przyjętymi konwenansami zawsze były zresztą w stanie głębokiego rozkładu i lat jest więcej na liczniku, ale ten rdzeń się nie zmienia. To, że o czymś mówię, nie znaczy, że robię z tego medialne wydarzenie. Jednak... Jakby się tak dłużej zastanowić, to niespecjalnie zgadzam się z J.

Czy J. ma rację? Z globalnej perspektywy wszystkie rozmowy są o niczym, nawet te, które wydają się nie być

Przecież w szerszym kontekście wszystko jest jednym wielkim small talkiem. Kiedyś wszyscy tak czy siak kopniemy w kalendarz, a to, co każda mrówka robi w tym gigantycznym mrowisku – gdzie, z kim i na jakich zasadach – w ujęciu globalnym ma znaczenie mniej więcej żadne. Dinozaury też pewnie spędzały miło czas, zanim z nieba spadł meteor i zrównał ich codzienne dramaty z gruntem. Wszystko, co wydaje nam się śmiertelnie ważne, potrafi w ułamku sekundy stracić ten walor w obliczu czegoś bardziej ostatecznego. Choć ta myśl boli, jesteśmy tylko mrówkami, z których każda ubzdurała sobie, że jest pępkiem świata. Jednak wystarczy jedno porządne depnięcie z góry i po mrowisku, i po wszystkich "problemach",

Naoglądałyśmy się romansideł i chociaż gdzieś tam podskórnie wiedziałyśmy, że bajki to fikcja, to... nie znaczy, że byłyśmy gotowe na zderzenie z rzeczywistością

Zauważcie, że wszystkie komedie romantyczne kończą się na bezpiecznym „i żyli długo i szczęśliwie”. W domyśle – dopóki ktoś nie nakręci Pocahontas 2 i nie obnaży gorzkiej prawdy, że blondyn okazał się półgłówkiem, który poszedł w odstawkę, jak tylko za winklem nawinął się gość z grubszym portfelem. I oczywiście, jest w tym niby-magia, kiedy Richard Gere wyciąga Julię Roberts z rynsztoka, kupuje jej markowe ciuchy i traktuje w sposób, jakiego wcześniej nie doświadczyła. Tylko że... to jest opowieść o czystym deficycie. O dwóch dorosłych istotach, z których jedna bierze drugą na utrzymanie jak bezradne kocię. 

I tak, wiem – rośnie potężny trend trad wife. Hasła w stylu „niech on mnie rozpieszcza, a ja zajmę się domem i pokażę to na Instagramie” zalewają sieć. Są kobiety, które w wywiadach bez zmrużenia oka opowiadają o swoich współczesnych książętach z bajki. Jezus Maria, nic tak nie działa mi na nerwy jak urocza pochwała bezradności. Dlaczego ciężar finansowego utrzymania domu i rodziny ma spoczywać wyłącznie na chłopie? Lub idąc dalej, wyłącznie na jednej osobie? Przecież to robi z kobiety bezwolne dziecko, całkowicie zależne i obdarte z jakiejkolwiek sprawczości. I tak, wiem, że zaraz polecą na mnie gromy, a ktoś nie wytrzyma i napisze elaborat, urządzając mi publiczny próg bólu. Ale do cholery...

Faceci też mają prawo do słabszych momentów, do depresji, do kryzysu w korpo, do zwątpienia w sens czegokolwiek, żeby móc w ogóle zacząć budować siebie na nowo. Wszyscy jesteśmy tylko cholernymi ludźmi.

Do czego ten cały trend trad wife prowadzi?

Wyobraźcie sobie ten scenariusz: jesteś taką idealną trad wife. Twój facet traci pracę. Macie trójkę dzieci – albo żeby podkręcić ten dramat do granic – macie ich piątkę. Ty od lat nie tknęłaś żadnej pracy, na własne pasje machnęłaś ręką, bo przecież Twój etat to „prowadzenie domu”. On z początku milczy, bo w twoich oczach ma być niezniszczalnym herosem i panem na włościach, więc panicznie boi się spaść z tego durnego piedestału. Wychodzi rano z domu, udając, że jedzie do biura, a całe dnie przesiaduje w obskurnym barze. O prawdzie dowiadujesz się na izbie przyjęć, kiedy poziom stresu rozrywa mu tętnice i kończy się zawałem. Rekonwalescencja potrwa miesiącami, a o dawnych zarobkach możecie zapomnieć, bo jego układ nerwowy przypomina tykającą bombę.

I co wtedy? Zmieniasz model księcia na nowy? Szukasz arabskiego szejka, który przygarnie Ciebie, piątkę dzieci i jeszcze sypnie groszem na leki dla męża, którego w międzyczasie zaczniesz demonizować, bo śmiał pójść pić zamiast przyjść i rzucić: „sorki, kochanie, kasy nie ma, mogłabyś w końcu pomyśleć o robocie”?

Zaradność to nie jest luksus przypisany do płci

Dorosły człowiek powinien być zaradny przede wszystkim dla samego siebie, a nie po to, żeby robić wrażenie na kimkolwiek w todze społecznych oczekiwań. I okej, jestem stuprocentową heterokobietą, ale wydaje mi się, że laska, która wchodzi w rolę bezradnego bobasa przy boku faceta, przestaje być pociągająca w dłuższej perspektywie. Przede wszystkim dlatego, że w pewnym momencie przestaje być atrakcyjna we własnych oczach. W końcu zaczynasz sobie wmawiać jak bardzo te obowiązki domowe są niezbędne, ale pierwszy lepszy kryzys finansowy zmiata Cię z planszy, bo Twoja historia zatrudnienia skończyła się 15 lat temu.

I jasne, że masa facetów szuka dokładnie takiego modelu bezwolnej ozdoby – czego boleśnie doświadczam za każdym razem, gdy wrzucę na FB nieco poważniejsze zdjęcie profilowe. Od razu zlatują się sugar daddies i nawiedzeni wdowcy z propozycjami nie do odrzucenia. Jeden geniusz ukradł nawet moją fotkę i wkleił ją u siebie na Instagramie z jakimś poetyckim bełkotem. Afera, zgłoszenie, profil zniknął. Ale prawda jest taka, że... wszechobecny materializm rozkwita w najlepsze, zbierając obfite żniwo.

Dzisiejsze problemy randkowiczów...

Jedna z moich przyjaciółek ciężką, krwawą pracą wypracowała sobie potężną pozycję zawodową i finansową. Osiągnęła sukces, z którego jestem cholernie dumna. Tylko że jej codziennym problemem jest znalezienie faceta o szczerych intencjach. Bo celem bywa często gładkie wprowadzenie się na gotową chatę i korzystanie z luksusów z zerowym wkładem własnym. Opowieści z randkowego frontu brzmią jak scenariusze filmów grozy. Sama z tego obiegu wypadłam jakąś dekadę temu, a wszystkie "aktualności" czerpię od przyjaciółek, dla których Tinder stał się cyfrową protezą na samotność. Choć znam dwa udane małżeństwa i jeden solidny związek stamtąd – realia większości dziewczyn to czysta walka o przetrwanie. Faceci też pewnie lepiej nie mają. 

Kiedy Harry poznał Sally to chyba jedyny film z tej listy, który faktycznie ociera się o życie

Bo czasami trzeba przejść przez piekło głupich wyborów, żeby wreszcie dotrzeć do punktu, który istniał gdzieś w tle od lat. Albo zaskoczył nas w najmniej fotogenicznym momencie – bez fajerwerków, bez kinowego patosu, ot, po prostu stając się naszym jedynym prawdziwym portem. Tylko żeby to dostrzec, potrzeba odrobiny trzeźwości umysłu i spojrzenia głębszego niż rady internetowych coachów za pięć groszy.

Dzisiejsza psychologia zaserwowała nam świat skąpany w redflagach. Z jej perspektywy samo wstanie rano z łóżka podpada pod toksyczną relację ze sobą. Tymczasem życie toczy się tam, gdzie nie sięga obiektyw Instagrama. W kubku herbaty z cytryną, w książce, w normalnym, ludzkim spojrzeniu prosto w oczy. Prawdziwa wartość, jaką możesz dzisiaj dać drugiemu człowiekowi, polega na tym, że przy Tobie wreszcie poczuje się zauważony. Bo na miłość Boską, odłóż w końcu ten telefon i spójrz na żywego człowieka siedzącego naprzeciwko. Jest cholernie wielka różnica pomiędzy fizycznym zajmowaniem tej samej przestrzeni a faktyczną uwagą skierowaną na drugą osobę.

Wszyscy czujemy się dzisiaj tak samo nieważni, więc możesz to bardzo łatwo zmienić, kiedy ktoś poczuje się dzięki Tobie po prostu nieco ważniejszy.

Dekonstrukcja filmów romantycznych

I na deser: zmierzch, wampiry i toksyczna miłość

Temat Zmierzchu w tym tygodniu wrócił do mnie jak bumerang. Najpierw od A.: „Pomyślałam o Tobie, patrząc na pumpkin spice latte w Biedronce. Mogłybyśmy obejrzeć Zmierzch i popić dynią”. Jasne, chętnie obadam ten fenomen z perspektywy dorosłej kobiety, chociaż scena wbiegania Edwarda na górkę – człowieka bez widocznego profilu i z twarzą posypaną mąką – to gotowy materiał na rasowy stand-up. Chwilę później film wrócił jako krótkie wspomnienie pewnej spektakularnie nieudanej randki. 

Kiedyś czytałam te książki i oglądałam filmy. Książki wciągały mocniej, aż do momentu, gdy pewna Marta (wink, wink ;) ) pożyczyła mi tom pisany z perspektywy Edwarda. Po kilkunastu stronach zrobiło mi się autentycznie niedobrze od tego stężenia. Naprawdę widać, kiedy postaci męskich bohaterów tworzą kobiety - bo niewiele ma to wspólnego z mężczyznami z krwi i kości. I potem cała rzesza lasek zakochanych w emocjonalnie niedostępnym anemiku szuka woskowej figury, stworzonej przez inną laskę, która po prostu fantazjowała o facecie. Wróciłam wtedy dość szybko do Trudi Canavan i Trylogii Maga, która przynajmniej szanowała mój czas.

Zmierzch zmitologizował toksyczną miłość, a wyhodowana na nim subkultura emo zrobiła z klinicznej depresji pożądany styl życia. Te wieczne, cierpiętnicze stany Belli nadawały się wprost na zamknięty oddział. „Boże, rzucił mnie wampir, więc teraz przez rok będę gapić się w szybę i wspominać dawne czasy”. Weź się w garść, kobieto. Zacznij rysować, wyjdź do ludzi, naprawdę nie musisz wyglądać jak chodzący trup i wzdychać do błękitnego ekranu.

A teraz pomnóżmy to przez miliony nastolatek łykających ten kit jak pelikany. Im mroczniejszy i bardziej poturbowany psychicznie koleś, tym mocniej wierzyły, że kryje w sobie tajemnicę głębokiego myśliciela, który tylko czeka, by otworzyć przed nimi duszę. A potem okazywało się, że to zwykły psychol, a domniemana „głębia” to dno absolutne. 

Jeśli do tego dołożymy bagaż domowych traum – a większość Milenialsów ma go w standardzie, bo nowoczesne, świadome rodzicielstwo to dla naszego pokolenia czysta abstrakcja – to nic dziwnego, że nasze dorosłe życie miłosne wygląda/wyglądało miejscami jak pole bitwy po wybuchu miny przeciwpiechotnej. Nasze radary były kompletnie rozregulowane, a nawigacja prowadziła prosto w objęcia toksyn sączonych z każdej popkulturowej szczeliny.

Masz dość toksycznych schematów i szukasz odrobiny ożywczego absurdu?

Sprawdź książkę, która bezczelnie obnaża codzienne iluzje.

Wykup bilet do rzeczywistości

Komentarze

Wybrane dla Ciebie

Copyright © Monika Pawelec