Zrozumiesz, jak będziesz w moim wieku. Spoiler: nic tam nie ma
Zrozumiesz, jak będziesz w moim wieku.
Spoiler: nic tam nie ma
Kawa o dwudziestej drugiej to nigdy nie jest dobry pomysł. Z perspektywy biologii to wręcz sabotaż, zwłaszcza gdy rano – a właściwie „już dzisiaj” – trzeba wstać. Kiedy masz dwadzieścia lat, zarywasz noc, śpisz pięć godzin w skali tygodnia i wciąż wyglądasz jak młody bóg. Kiedy przekraczasz pewną niewidzialną granicę wieku, każde niewyspanie maluje się na twarzy z precyzją godną mistrzów renesansu, a ciało odczuwa brak snu jakieś pięć razy mocniej.
A jednak czasem robimy te rzeczy. Pijemy tę kawę. Tylko po to, żeby przypomnieć sobie, dlaczego zazwyczaj tego nie robimy.
Syndrom powrotów do przeszłości
Ostatnio złapałam się na tym, rozmawiając z T., że do mojego życia masowo wracają ludzie z przeszłości. Nawet najwięksi pomyleńcy nagle odkopują stare numery telefonów, pukają do skrzynek odbiorczych i zaczynają grzebać w pamięci. Przypadek? Nie sądzę. Dosiada nas po prostu ten sam kryzys. Wszyscy jesteśmy już jakoś opakowani w to dorosłe życie. Mniej lub więcej poukładani, z mniejszym lub większym kredytem, ale z tą samą nagłą potrzebą rozkminiania: „Co by było, gdyby?”.
Czy cała ta nasza nostalgia to nie jest po prostu zbiorowa próba ucieczki przed oszustwem, które nam bezczelnie wciśnięto?
Każdy z nas słyszał w młodości ten protekcjonalny frazes: „Jak będziesz w moim wieku, to zobaczysz”. No i co? Przekraczamy kolejne liczby w kalendarzu, świeczki na torcie zaczynają grozić pożarem, a my dalej nic nie widzimy. Czekaliśmy na jakiś mistyczny moment olśnienia, w którym staniemy się „poważnymi dorosłymi”, którzy wiedzą, co robią. Spojler: ten moment nigdy nie nadszedł. Nikt nie wie, co robi. Wszyscy tylko improwizujemy w droższych garniturach i z poważniejszymi minami.
Pomiędzy analogowym rdzewieniem a cyfrowym pędem
Jako millenialsi utknęliśmy w najdziwniejszym rozkroku pokoleniowym w historii. Z jednej strony doskonale pamiętamy świat bez internetu. Świat, w którym szum drzew nie był zagłuszany przez nieustanne ping powiadomień. Z drugiej strony patrzymy na nasze dzieci i dociera do nas, że przepaść technologiczna między nami a nimi jest potwornie głęboka. O wiele głębsza niż ta, która dzieliła nas od naszych rodziców.
Dorastamy w poczuciu bycia przedwczesnymi dinozaurami. Staramy się nadążyć, instalujemy aplikacje, rozumiemy kod, ale i tak jesteśmy z innej planety. Stoimy samotnie na tym pustkowiu – dziwnie odcięci od rodziców, od których różnimy się mentalnie o lata świetlne, i bezradni wobec dzieci, które urodziły się ze smartfonem zamiast pępowiny.
Dlaczego tak rozpaczliwie tęsknimy za drugą w nocy ze starych lat?
Bo druga w nocy to nie był czas na zegarku. To był stan ducha. Czasoprzestrzeń, w której wszystko się załamywało. Mogłeś spacerować w styczniu w krótkim rękawku, bo zmęczenie wyłączało receptor zimna. Mogłeś powiedzieć absolutnie wszystko, bo wiedziałeś, że ta druga osoba jest już w takim stanie odklejenia, że i tak cię nie oceni ani nie skrytykuje. Brakowało nam wtedy planów, ale mieliśmy przestrzeń na „pomysły od czapy”. Dzisiejszy dorosły kalendarz nie toleruje pomysłów od czapy. Wszystko musi mieć swój cel, target i KPI.
Odklejona wielowymiarowość i szamani za miliony
W tym całym pędzie łatwo zapomnieć, że życie składa się właśnie z tych momentów pośrednich. Z tych kaw o dwudziestej drugiej i spontanicznych rozmów na kryzysie. Czasem boleśnie dociera do człowieka, że żaden wielki finał nie istnieje. Poza śmiercią, oczywiście.
Chociaż nawet śmierci nie nazwałabym ostatecznym końcem. Mam swoje osobiste, głębokie poczucie never ending story, którego nic do tej pory nie zdołało złamać. Mam totalny szacunek dla tych, którzy widzą tam tylko czarną dziurę i nicość – nikogo nie zamierzam nawracać na swoją intuicję. Dla mnie to po prostu przejście w inny, wielowymiarowy stan świadomości. Kto choć raz otarł się o doświadczenie śmierci klinicznej, ten wie, jak to jest widzieć świat z wielu punktów równocześnie.
Niepokoi mnie jednak coś zupełnie innego: dlaczego pozwalamy, by współcześni szamani robili z tej duchowej tajemnicy komercyjny cyrk?
Na każdym kroku spotykam ludzi, którzy tworzą własne, pseudonaukowe klasyfikacje „wymiarów świadomości”, a potem sprzedają je zagubionym dorosłym jako jedyny, złoty przepis na szczęście. Oczywiście za astronomiczne sumy. To obrzydliwe żerowanie na naszej zbiorowej tęsknocie za czymś prawdziwym. Kupujemy kursy za tysiące złotych, żeby ktoś nam powiedział, jak odzyskać to, co mieliśmy za darmo podczas nocnych spacerów w wieku dwudziestu lat.
Tęsknimy za sobą z przeszłości, bo nie spodziewaliśmy się, że ten bezkarny, analogowy czas skończy się tak szybko. Że obiecana „dorosłość” okaże się zestawem obowiązków, a nie mistyczną mądrością. Ale może właśnie w tym tkwi cała tajemnica. Nie ma żadnego sekretnego poziomu wtajemniczenia, który musimy osiągnąć.
Wszyscy jesteśmy tak samo zagubieni, tak samo zawieszeni między starym a nowym światem i tak samo pragniemy, by ktoś nas wreszcie nie oceniał o drugiej nad ranem.
Poczytaj o egzystencjalnych rozkminach
Skoro też czasem zastanawiasz się nad upływającym czasem, zajrzyj do mojej książki poruszającej te struny:

Komentarze
Prześlij komentarz