Wypożycz bratu dziecko, czyli jak z sukcesem przeprowadzić ewakuację na plażę (i przeżyć)
Wypożycz dziecko bratu, czyli jak z sukcesem ewakuować się na plażę
Miało mnie nie być. Serio. W grafiku miałam wpisane "stany lękowe i ogólne wycofanie społeczne", poparte solidnym argumentem pod tytułem "nie mam siły psychicznej na ten tydzień". Wszechświat jednak, znudzony chyba moim marudzeniem, postanowił wcisnąć przycisk „sprawdzam”.
I nagle, jakimś cudem, okazało się, że zrobiłam w pracy wszystko na trzy dni do przodu, zdążyłam na badania, a telefon zamrugał wiadomością od M.: „Plaża?”. No więc pojechałam. Bo jak M. pisze, to się po prostu jedzie, zwłaszcza że nasza wspólna energia to mieszanka wybuchowa absurdu i czułego sarkazmu.
Strategiczny zasób ludzki, czyli brat na podryw
Siedząc na piasku, M. podzieliła się ze mną genialnym planem swojego brata. Otóż brat ów, w ramach poszukiwań miłości, wpadł na pomysł wypożyczenia od niej jej syna.
Taktyka na „dobrego wujka” podobno działa bez pudła, bo dziecko potrafi być naprawdę urocze i stanowi mocnego skrzydłowego. Genialne w swojej prostocie. Wilk syty (brat ma randkę), owca cała (dziecko zadowolone, bo wujek pewnie kupi lody), a M. ma godzinę ciszy. Kto by pomyślał, że potomstwo może pełnić funkcję akceleratora relacji?
Żółw za półtora koła i życie od nowa
Temat szybko zszedł na zwierzęta domowe. M. rozważa zakup żółwia. Oczywiście, to nie jest tania impreza, bo te pancerne stworzenia nie kosztują już pięciu złotych, tylko 1500 PLN, a do tego potrzebują terrarium i specjalistycznego oświetlenia.
Ja z kolei o mały włos nie zaadoptowałam kota. Mechanizm zadziałał błyskawicznie: „Boże, jaki słodki” → „Biorę”. Na szczęście w porę przypomniałam sobie, że każde zwierzę w moim domu pojawiało się w wyniku moich genialnych pomysłów. Resztkami sił powstrzymałam ten impuls, ostatecznie wciskając kota znajomej (ta z kolei próbowała go wcisnąć swojej mamie – klasyka gatunku).
Wracając do żółwia – to zobowiązanie na 50 lat. I te dwie żarówki... U mnie w łazience żarówka przepala się od jakiegoś czasu, wpadając w tryb „party hard”. Układ nerwowy żółwia mógłby tego nie znieść. Perspektywa hodowli gada przez pół wieku lekko mnie przeraża.
Co by było, gdyby...
W przypływie nostalgii M. rzuciła nagle z czapy randkową rozkminą:
— Ej... gdybyśmy sobie teraz nagle układały życie od nowa... ciekawe, jak długo byłybyśmy same? Bez faceta?
Spojrzałam na nią, zrobiłam w głowie szybki rachunek prawdopodobieństwa i odpowiedziałam szczerze:
— No myślę, że jakieś... dwie godziny.
Zalałyśmy się śmiechem, bo obie wiemy, że są powody, by uważać, że to prawda. I koło absurdu się zamyka.
— Ale dziecko? Wiek...? — ciągnęła M., a moja brew w tym momencie poszła tak wysoko, że byłabym w stanie podnieść nią sztangę nad głową, a moja twarz przybrała wyraz "tej na mema".
To jest żaden problem. Przykład? Babka spotkana na przystanku — rozwiodła się po 34 latach i poznała super faceta na turnusie rehabilitacyjnym. Wszystko jest kwestią Twojego temperamentu i podejścia, a nie szukania problemu tam, gdzie go nie ma. Co jest dla Ciebie, jest dla Ciebie i czasem to jest plaża, innym razem turnus rehabilitacyjny z bonusami.
Pędzący świat próbuje nam wmówić, że musimy być ciągle zajęci i mieć plany na 50 lat do przodu. A prawda jest taka, że największym luksusem jest umiejętność powiedzenia „nie” w czwartek rano, by w piątek wylądować na plaży z osobą, przy której nie trzeba udawać, że życie to pasmo sukcesów.
Jeśli szukasz w swoim życiu sensu, a nie tylko „skrzydłowego” w postaci dziecka na podryw, zajrzyj tutaj do moich książek. A jeśli czujesz, że życie wymaga od Ciebie egzystencjalnej gimnastyki, polecam szczególnie "Czy moje plecy istnieją?" – znajdziesz tam odpowiedzi na pytania, których bałeś się zadać nawet samemu sobie.

Komentarze
Prześlij komentarz