Kopnięcie w przeszłość, czyli jak nie dostać butem
Kopnięcie w przeszłość, czyli jak nie dostać butem
Po latach dałam się namówić na piłkę. Na boisko z synem ubrałam spodnie z kieszeniami – musiałam mieć gdzie włożyć telefon i klucze, bo moja podzielność uwagi nie znosi kompromisów. Ostatni raz kopałam z M. w latach 90. i wczesnych 2000. Dziecko, obserwując moje poczynania, rzuciło z niedowierzaniem: „Serio nie jesteś najgorsza, ładne kolanko, mamo, naprawdę dobrze Ci idzie. W sumie to pierwszy raz, kiedy grasz w piłkę?”. Uśmiechnęłam się szeroko.
Nie, to nie był mój pierwszy raz. Byłam dobra na bramce. To właśnie tam wypracowałam skuteczność w bronieniu się przed absurdalnymi rzeczami lecącymi w moją stronę na rozszalałych przerwach mojej dzikiej, dziwnej szkoły. Pamiętam, jak wszyscy myśleli, że jestem zajęta pisaniem w zeszycie i nie mam podzielnej uwagi. Wtedy w moją stronę leciał but – rzucony przez chłopców w ramach ich „głupich zabaw”. Kątem oka widziałam przerażenie na ich twarzach, bo but zbliżał się do mojej twarzy, ale siłą spokoju wyciągnęłam łokieć i popisałam się epicką obroną. W efekcie chłopaki zaczęli mi klaskać, a gość od buta przepraszał, zarzekając się, że nie planował rzucać w moją stronę. We wbijaniu goli z kolei zawsze wykorzystywałam „kobiecą moc”: dobrą bajerę w odpowiednim momencie.
Ale trzeba wiedzieć, kiedy zejść z boiska. Szczególnie jeśli idziesz pograć z dzieckiem. Gdy nieśmiały chłopak w zielonej koszulce patrzył na nas z utęsknieniem, widziałam, że chce zagrać, ale paraliżuje go wstyd. Udałam strasznie zmęczoną i zrobiłam to, co dorosły powinien: zachęciłam mojego młodego, żeby go ośmielił. Jak się okazało, nieśmiałość była tylko fasadą – chłopak trenuje poważnie i po chwili wyszła z niego prawdziwa bestia.
Rodzinne glitche w systemie
W mojej rodzinie istnieją trzy podobne wolne duchy do mnie – moja Ma pewnie rozszyfruje, o kogo chodzi. Dawniej były cztery. L. nigdy nie dorósł; mimo zmieniających się okoliczności ma tego samego bluesa, co lata temu – choć w opakowaniu człowieka zbliżającego się do 50-tki bywa to irytujące. M. to wolny duch żyjący na pograniczu własnych idei i miłości powieszonej na ścianie, która z różnych przyczyn tam została. K. to człowiek pracujący totalnie na pograniczu, zawsze gotowy rzucić ironicznym tekstem, miłujący Janice Joplin i stare gazety.
Lata temu była jeszcze A., która była „dzikunem” – jestem do niej trochę podobna – uwielbiała jeść surowe marchewki i nosiła glany. Miała krótką duszę, którą zabił pośpiech. Jako dziecko za nią nie przepadałam, ale dzisiaj, kiedy przeżyłam ją o rok, zaczynam rozumieć ten temperament. Była tak pełna życia, że pamiętam ją do dzisiaj, nawet jej głos. Jesteśmy takimi dziwnymi „glitchami” w tej rodzinie: różnopokoleniowymi odklejeńcami z duszą hipisów lat 60., niewyparzoną gębą i bardzo specyficznym poczuciem humoru i ironii. To gen trudny dla otoczenia, ale niekoniecznie trudny dla nas.
Mąż w prezencie i lekcja z przystanku
Spotkałam niesamowitą kobietę na przystanku. Wysiadła i zapomniała męża, który pojechał dalej. Sądziła, że „ogarnie”, ale mąż nie ogarnął i pojechał na plażę. Skwitowała to krótko: to drugi mąż, z pierwszym rozwiodła się po 34 latach, gdy znalazł sobie „kumpelę” na Naszej Klasie. Oddała go w prezencie, okazując sympatię tej drugiej kobiecie, która ewidentnie żałowała biegu zdarzeń. Jak mówi: „męża oddałam w prezencie, a prezentów się nie oddaje”, więc znalazła drugiego.
Ten drugi to świetny człowiek, tylko ma problemy z pamięcią – więc kobieta żartuje, że pora rozejrzeć się za trzecim. Jej ogromny dystans do siebie i życia naprawił mi popołudnie, nawet mimo tego, że sama w drodze zapomniałam o najważniejszych rzeczach. Ale na jej tle nie wypadam tak blado – przynajmniej nie zapomniałam o mężu. Uwielbiam ludzi, którzy opowiadają takie historie.

Komentarze
Prześlij komentarz