TRYB JASNY/CIEMNY

Pan Tralaliński i wielki hard reset. Dlaczego czasem trzeba po prostu odpaść

 

Pan Tralaliński i wielki hard reset. Dlaczego czasem trzeba po prostu odpaść

Ostatnio moje dziecko rozbawiło mnie stwierdzeniem, że klasyczny wiersz Tuwima „Historia o panu Tralalińskim” to czysty, esencjonalny brainrot. W pierwszej chwili ryknęłam śmiechem, w drugiej – jako filozofka, która zamiast pukać się w głowę, woli patrzeć na świat z ciekawością – doznałam olśnienia. Dziecko ma absolutną rację. Prawie sto lat temu Julian Tuwim stworzył idealny algorytm TikToka, zanim to w ogóle było modne.

Współczesne memy, zapętlone frazy z internetu czy inne cyfrowe koszmarki opierają się na mechanicznym, bezsensownym powtarzaniu jednego motywu. A co robi Tuwim?

„W Śpiewowicach, pięknym mieście... Mieszka sobie słynny śpiewak, Pan Tralisław Tralaliński. Jego żona — Tralalona, Jego córka — Tralalurka...” i tak dalej, aż do pieska Tralaleska.

To genialny, przedwojenny zapętlacz zwojów mózgowych. Czyste, rytmiczne przebodźcowanie, które ma jeden cel: odłączyć myślenie, zanim myślenie odłączy nas.

I umówmy się – w świecie, który co sekundę pompuje w nas gigabajty danych, taki reset to nie usterka. To jedyna dostępna strategia przetrwania.

Odpoczynek i reset

Pozycja horyzontalna jako tarcza antyrakietowa

Czy zauważyłeś, jak potwornie dużo energii marnujemy na udawanie, że w każdych okolicznościach jesteśmy zwarci, gotowi i stuprocentowo obecni? Że konstrukcja ludzkiego kręgosłupa uznaje tylko kąt prosty, a każdy moment spędzony poza pionem to społeczna zbrodnia?

Należę do ludzi, którzy potrafią włączyć twardy reset w najmniej oczekiwanych momentach. Ostatnio, podczas wizyty moich rodziców, po prostu się położyłam. Ot tak. W moim prywatnym uniwersum to stan całkowicie naturalny. Jeśli gram z Tobą w planszówkę i czuję się dobrze, w pewnym momencie będę grała dalej, ale z perspektywy dywanu.

Moje archiwum fotograficzne to kronika dziwnych póz: leżę w przedziwnych konfiguracjach na kanapach u znajomych, siedzę w kuchni pod lodówką, asymiluję się z podłożem.

Moja mama, patrząc na to moje horyzontalne rozbicie, podsumowała mnie z chirurgiczną precyzją: „Gdybyś miała basen, to pewnie zamiast się kłaść, wchodziłabyś do niego w ubraniu w trakcie wizyty gości”. Wyplułam całą kawę ze śmiechu, bo to prawda. Mając do wyboru bycie w wodzie i poza nią, zawsze wybieram wodę. Wizja dryfowania w pełnym garniturze socjalnym przed własną rodziną ma w sobie ten cudowny, surrealistyczny urok, za który kocha się Kurta Vonneguta czy Jonathana Carrolla.

Przy czym moi rodzice to nie „goście” – po co się wzajemnie usztywniać, skoro można się uelastyczniać?

Ten mój rzekomy „brak taktu” to nic innego jak obrona konieczna. Kiedy przez Twoją głowę w pracy i życiu przechodzą setki historii, ustaleń i ludzkich dramatów, system operacyjny w pewnym momencie mówi „dość”. Jeśli nie włączysz hard resetu, Twoje zdrowie psychiczne spakuje walizki i wyjedzie w Bieszczady.

Ceną za ten ratunek są drobne, prywatne amnezje. Ostatnio zapytałam przyjaciółkę o coś, co szczegółowo i z emocjami przegadałyśmy dzień wcześniej. Wychodzę wtedy na ignorantkę, ale prawda jest taka, że cudze opowieści czasem nie mają się gdzie osadzić. System czyści pamięć podręczną z toksycznych danych i przy okazji, w ramach czystek, kasuje też pliki z folderu „życie towarzyskie”. Lepiej jednak dwa razy zapytać o to samo, niż pozwolić, żeby procesor eksplodował na środku ulicy.


Dlaczego zgadzamy się na rolę chomika w kołowrotku?

W tym całym pędzie łatwo złapać się w pułapkę permanentnego czuwania. Warto zadać sobie tutaj dwa kluczowe, demaskujące pytania:

  • Czy Twoja obecność w każdym momencie życia musi być perfekcyjnie zalogowana, produktywna i zatwierdzona przez protokół dyplomatyczny?
  • Komu tak naprawdę obiecałeś, że zapamiętasz każdy szczegół, odpiszesz na każdego maila i nigdy nie odłączysz wtyczki w obecności innych ludzi?

Żyjemy w iluzji, że ciągła dostępność i nienaganne maniery to dowód na to, że panujemy nad życiem. Nie panujemy. Jesteśmy tylko ludźmi, a nie serwerami z nieograniczoną pamięcią RAM. Kiedy wychodzisz na plac zabaw – przestrzeń, która jedzie po układzie nerwowym każdego dorosłego z siłą walca drogowego – poziom przebodźcowania osiąga zenit. Jeśli po czymś takim nie zejdziesz do parteru (dosłownie lub w przenośni), system po prostu padnie sam. I to bez Twojej zgody.

Położenie krechy, czyli godność porzucania

Ten przymus parcia do przodu, kończenia projektów i „dawania z siebie wszystkiego” dotyka nas na każdym kroku. A przecież najzdrowszą rzeczą, jaką można dla siebie zrobić, jest potężne, bezkompromisowe odpuszczenie.

Zaczęłam niedawno pisać kolejną książkę. Usiadłam, nastukałam parę stron i... porzuciłam ją w cholerę. Dlaczego? Bo główny bohater zaczął mnie potwornie irytować. Był tak wkurzający, że w pewnym momencie zadałam sobie proste pytanie: skoro ja sama nie mogę z nim wytrzymać w jednym dokumencie tekstowym, to dlaczego miałabym zmuszać czytelnika, żeby spędzał z tym nudziarzem czas?

Nie ma nic gorszego niż robienie rzeczy w próżnię. Kiedy coś ma sens, ma go pełną piersią i warto w to iść. Kiedy ten sens traci – traci go całkowicie. Wtedy trzeba umieć wyjść z pokoju bez oglądania się za siebie.

Potrafię usiąść, odciąć się od świata i napisać całą książkę w cztery doby, bo historia „chce się napisać” sama. Ale kiedy proces staje się mechanicznym mieleniem pustych kalorii, włączam ten sam przycisk, który kładzie mnie na podłodze pod lodówką. Odpuszczam. Nie wiem, kiedy napiszę kolejną książkę i o czym będzie. Czas między jednym a drugim projektem bywa długi albo krótki, ale musi być autentyczny. Nie będę reanimować trupa tylko dlatego, że wypada mieć otwarty plik w Wordzie.

Instrukcja przetrwania

Współczesny świat próbuje nas przekonać, że uealastycznianie się zamiast usztywniania to przejaw słabości, lenistwa lub ignorancji. Poloniści mogą się żegnać na widok literackiego brainrotu, a strażnicy etykiety mogą kręcić nosami na ludzi grających w planszówki na leżąco. Na zdrowie.

Intuicja rzadko się myli – jeśli organizm domaga się resetu, zapomnienia o logistyce i nagłej, niemal dziecięcej spontaniczności, to znaczy, że dokładnie tego potrzebuje. Choćby ta spontaniczność miała polegać na tym, że po roku milczenia nagle spotykasz się z kimś na plaży i zostaje z tego czysta, dobra energia na kolejne miesiące.

Nie musimy być wiecznie gotowymi pomnikami własnej efektywności. Czasem największym aktem odwagi i luksusu jest po prostu pozwolić sobie na bycie Panem Tralalińskim we własnym, chwilowo odłączonym od sieci życiu. Wolność zaczyna się tam, gdzie bez wyrzutów sumienia potrafimy po prostu odpaść.

📎

Chcesz zgłębić temat egzystencjalnego leżenia i odpuszczania?

Zobacz moją książkę, w której filozoficzne podejście spotyka się z codzienną potrzebą ucieczki od kołowrotka efektywności.

„Czy moje plecy istnieją?” Sprawdź moje książki ✏️

Komentarze

Wybrane dla Ciebie

Copyright © Monika Pawelec