TRYB JASNY/CIEMNY

Order z ziemniaka za przejście przez pasy

Zauważyłeś, że żyjemy w kulturze, w której minimalizm emocjonalny stał się najwyższą cnotą, a jednocześnie wszyscy domagają się orderów za absolutne minimum egzystencjalne? To fascynujący mechanizm.

Z jednej strony, kiedy mówisz, że potrzebujesz głębi, sensu i autentyczności, otoczenie patrzy na Ciebie, jakbyś właśnie zaproponował mu pieszą wycieczkę na Marsa w klapkach. Słyszysz, że masz „zbyt wysokie wymagania”, że „brak Ci realizmu”.

Z drugiej strony ci sami ludzie, którzy bez mrugnięcia okiem unieważniają Twoje emocje, oczekują publicznego poklasku i czerwonego dywanu za to, że rano wstali z łóżka i nikogo nie pogryźli w kolejce po bułki.

Czy to nie jest szczyt absurdu? Świat, w którym potężne, głębokie ludzkie potrzeby są spychane na margines jako „fanaberia”, podczas gdy codzienna, emocjonalna dysfunkcja dostaje owacje na stojąco.

Kiedy patrzę na te wszystkie pancerze, dochodzę do wniosku, że ludzie nie rezygnują z bliskości dlatego, że jej nie chcą. Panicznie boimy się zdjąć zbroję. Boimy się, że ktoś to wykorzysta, albo że stracimy w oczach otoczenia, gdy okaże się, że pod tym grubym plastikiem tkwi żywy, miękki, przerażony człowiek.

To przedziwne, jak bardzo bycie „emocjonalnym” zostało uznane za grzech główny w świecie, który promuje spłaszczony, plastikowy pragmatyzm. Więc niektórzy chodzą, szczękając tym żelastwem, i wmawiają Tobie, że ich chłód to „życiowa dojrzałość”, a Twoje szukanie czegoś więcej to zwykła naiwność. Bo przecież to fantastyczna okazja, aby przy okazji zademonstrować wyższość nad Twoim poczuciem krzywdy. 

Emocjonalna zbroja i tęsknota za bliskością

Samotność wpisana w kod DNA

Są takie rzeczy, które dostajemy w pakiecie startowym i żadne zaklinanie rzeczywistości tego nie zmieni. Moja samotność nie zaczęła się wczoraj. Jest ze mną od samego początku – od dziecka, które otarło się o śmierć kliniczną, aż po dorosłość z diagnozą choroby, której nie widać gołym okiem, a której objawów nie da się nikomu prosto wytłumaczyć. Jest to z góry skazane na niepowodzenie, choćbym nie wiem jak próbowała. 

Taki niewidzialny bagaż automatycznie przesuwa człowieka o kilka kroków dalej od reszty tłumu. I tu pojawia się największy paradoks mojego życia: im sprawniej operuję słowem, im więcej piszę i im bardziej staram się ten świat nazwać, tym częściej w tych najbardziej podstawowych, prozaicznych sprawach komunikacja zawodzi najbardziej.

  • Mówię o strachu – słyszę, że przesadzam.
  • Mówię o nadziei – słyszę, że jestem nierealistyczna.
  • Mówię, że chcę po prostu „inaczej” – słyszę, że wymyślam.
  • Mówię, że wierzę w marzenia i nie podcinam skrzydeł – słyszę, że jestem dziwna.  

Żeby było jasne: nie szukam ratunku. Nie należę do ludzi, którzy siedzą w wieży i czekają na kogoś z zestawem narzędzi do naprawiania życiorysów. To była dla mnie jedna z najnudniejszych bajek, ta księżniczka, która całymi dniami siedziała na tyłku w wieży, przez cały ten czas naprawdę dałaby radę wykminić jak się z tej wieży wydostać. Co musiało być w głowie tej kobiety, żeby spuszczać włosy randomowemu kolesiowi, który przejeżdżał właśnie pod oknem? Matko Święta, wystarczyło przywiązać sobie te włosy do łóżka czy czegokolwiek zejść spokojnie na dół i odciąć nadmiar. To naprawdę takie proste. 

Przeszłam w życiu tyle, że wiem jedno: zawsze sobie poradzę. Tu nie chodzi o bezradność. Chodzi o tę specyficzną wrażliwość, która wymaga wysiłku. A wysiłek we współczesnym świecie to towar deficytowy. Nikomu nie chce się kopać głębiej, skoro na powierzchni jest tak bezpiecznie i płasko.

Każdy ma zresztą absolutne prawo marnować swoje życie na własnych warunkach i zupełnie tego nie oceniam. Nie mam zamiaru wchodzić w rolę sędziego cudzych wyborów. Ale ta powszechna zgoda na dryfowanie sprawia, że jeszcze jaskrawiej widać jedno: niektóre doświadczenia bezpowrotnie odbierają nam luksus marnowania czasu na bzdury i udawanie, że czerstwy chleb to trzydaniowy obiad.

Tym bardziej doceniam te osoby w moim życiu, które na moją wiadomość: "Hej, wiem, że pada jak cholera, ale bardzo chcę się z Tobą spotkać i uważam, że nie roztopię się po drodze, co Ty na to?", odpowiadają "no pewnie, ja też, widzimy się".

Jest taka prawda, która jest trudna do przyjęcia dla nas wszystkich, ale rzeczywiście tak jest. Jeśli ktoś nie ma dla Ciebie czasu, to nie ma go dlatego, że nie chce go mieć. I chociaż bardzo lubimy sobie tłumaczyć, to przychodzi taki moment, że tłumaczenia się kończą, a w ich miejsce wchodzi akceptacja. Jeśli ktoś naprawdę chce się z Tobą zobaczyć, to znajdzie ten czas choćby nie wiem, jak bardzo był zajęty. Kiedy M. w odpowiedzi na moją kryzysową wiadomość napisała mi "teraz, albo nigdy", wyskoczyłam z domu w byle dresie, dokładnie tak, jak stałam, olałam cały proces przygotowań do wyjścia i aż się za mną kurzyło. Gdybyście wiedzieli, ile obowiązków ma ta dziewczyna, to doskonale zrozumielibyście rangę tych 30 minut, które spędziłyśmy razem, ponad tym całym życiowym chaosem. I laska jeszcze kupiła mi czekoladę na pocieszenie. To nie jest wcale taka zwykła i oczywista rzecz. 

W drugą stronę też tak to działa. Jeśli chcę spędzić z kimś czas, to choćby nie wiem co, znajdę ten czas. A jak go nawet nie znajdę, to znajdę sposób, żeby ten czas sam mnie/nas znalazł. Całkiem nieźle zaginam dobę, która niby dla wszystkich trwa tyle samo, ale nieraz mam wrażenie, że rozciągam te kwanty, jak gumę do żucia.

Dwa pytania na bezsenne noce

Skoro już tu jesteśmy i zrzucamy maski, czas na mały rachunek sumienia. Przyjrzyj się swoim relacjom i codzienności, a potem spróbuj odpowiedzieć na te dwa pytania:

1. Czy standardy ludzi, którzy zarzucają Ci „brak realizmu”, nie są przypadkiem po prostu ich własną, dawno podpisaną kapitulacją, której teraz pilnują, żebyś Ty też nie uciekł z obozu przeciętności? Bo przecież, jeśli Ty uciekniesz to dasz im żywy dowód na to, że są w błędzie... A no weź, nikt nie lubi doświadczać tego, że jest w błędzie. 

2. Czy ten wieczny brak czasu na głębokie rozmowy to faktycznie wina pędzącego świata, czy raczej paraliżujący strach przed tym, co moglibyśmy odkryć, gdybyśmy na chwilę zdjęli zbroję i spojrzeli prawdzie w oczy? Często tam jest coś, czego nie tylko totalnie się nie spodziewamy, ale też boimy się to odkryć. To nic innego jak druga brama w Niekończącej się opowieści i Atreju, który w lustrze, zamiast własnego odbicia widzi Bastiana. Lustro nie pokazywało wyglądu zewnętrznego, ale prawdziwe, wewnętrzne „ja” danej osoby. Na tym polegał sens tej bramy. Pokazywało naturę człowieka, której ten często sam przed sobą nie chciał przyznać – jego lęki, pragnienia, ukryte słabości lub najgłębszą prawdę o sobie.

Łatwo jest uznać, że z nami jest coś nie tak. Łatwo przyjąć łatkę kosmity i zaszyć się w swoim kącie. Ale prawda jest taka, że to nie z Tobą jest coś nie tak – to świat próbuje nas sformatować do rozmiaru, w którym przestaniemy zadawać niewygodne pytania.

Moje ukochane flądry i dziwno-plemienny krąg

Na szczęście w tym całym kosmicznym zagubieniu istnieje pewien genialny wentyl bezpieczeństwa. To te nieliczne osoby, które nie potrzebują od nas zbroi, definicji ani idealnych obrazków. Moje ukochane flądry.

To mój prywatny, dziwno-plemienny krąg złożony z niesamowicie barwnych, totalnie różnych osobowości. Każda z nich wnosi do mojego życia coś absolutnie unikalnego, własny odcień szaleństwa i mądrości. To z nimi można milczeć w tym samym języku. To z nimi robi się rzeczy totalnie szalone, bez kalkulowania, czy to wypada, czy to ma sens i co na to powiedzą strażnicy przeciętności.

One nie próbują mnie ratować ani naprawiać. Po prostu są, sprawiając, że ta skomplikowana, trudna codzienność staje się momentami absolutnie fantastyczna.

Może więc całe to wieczne szukanie wcale nie ma polegać na dotarciu do jakiejś idealnej mety, gdzie wszystko jest jasne, a samotność znika raz na zawsze? Może sukcesem jest po prostu nie dać sobie wmówić, że ten plastikowy teatr wokół nas to jedyne, co nas w życiu czeka. Intuicja doskonale wie, kiedy ktoś próbuje wcisnąć nam tandetę w cenie kryształu. Nawet najpiękniej opakowana wydmuszka wciąż jest tylko wydmuszką.

Ostatecznie wszyscy jesteśmy tylko bandą dziwaków szukających swojego plemienia – i dopóki mamy z kim robić szalone rzeczy, ta planeta wcale nie jest taka najgorsza.

📖

Chcesz wejść jeszcze głębiej pod pancerz?

Ten wpis dotyka najgłębszych, egzystencjalnych strun, które znajdziesz również na kartkach mojej książki "Czy moje plecy istnieją?". Nie daj się sformatować światu.

Zobacz moje książki ✏️

Komentarze

Wybrane dla Ciebie

Copyright © Monika Pawelec