Dziwna historia o tym, jak ja i A. nie poleciałyśmy razem do Bangkoku
Dziwna historia o tym, jak ja i A. nie poleciałyśmy razem do Bangkoku
One night in Bangkok, to utwór, który ma coś w sobie. Dobrze robi na ucho i duszę w momencie kryzysu, czyli co drugi dzień.
Ostatnie dwa tygodnie, w porywach do trzech — dały mi ostro popalić. Dużo pracy, dużo uporządkowanych informacji w głowie i brak miejsca na własne myśli. Wszystkie moje dziwaczne hobby DIY czekają na mnie, żywica nie wytrzymała napięcia i się rozpuściła, a mnie się skończyła cierpliwość, więc wyrzuciłam ją w cholerę. Niedokończony haft krzyżykowy oślepia mnie w oczy, więc schowałam go do szuflady, żeby nie widzieć, ale wiem, że tam jest... więc w sumie nic to nie dało.
Mentalnie pakowałam walizki... ✈️
Mieszkanie stopniowo zamienia się w chatkę na plaży, a poziom piachu w przedpokoju jest taki, że można się na nim ślizgać. Dzisiaj odkurzyłam, ale nie mam złudzeń co do tego, że piach jutro wyjdzie nie wiadomo skąd.
Moje dziecko od lat przynosi piach z placu zabaw czy plaży w takiej ilości, że nawet prababcia (ostoja cierpliwości — lecz tylko do dzieci) jakiś czas temu wyraziła szczerą opinię. Dziecko jest charakterne, więc również wyraziło swoją. I piach dalej jest z nami, gdy zaczyna się sezon. Ale nie o piachu miał być ten post.
Z A. miewałyśmy swoje wzloty i upadki, ale znamy się już 18 lat. I trudno uwierzyć, że jesteśmy takie stare, bo naszym zdaniem wyglądamy tak samo dobrze, a nawet lepiej. I coś w tym chyba jest, bo jak patrzę na swoje zdjęcie z dyplomu, to rzeczywiście byłam młodsza, a wyglądałam starzej niż teraz. Niektóre ośmioklasistki ze szkoły mojego syna wyglądają na starsze ode mnie. Współczesne makijażowe i paznokciowe trendy z lekka mnie przerażają, więc może już rzeczywiście przechodzę w tryb dinozaura przed wyginięciem.
Do meritum: nasza dynamika z A. bywała dynamiką od dramy do dramy. Po dramie — cisza na lata. Po latach odkryłyśmy, że jest kilka obszarów, w których jesteśmy tak podobne, że postanowiłyśmy dojrzeć i po ostatniej dramie nie urwałyśmy kontaktu. Było względnie blisko, ale przyszła dojrzałość. I tak zostałyśmy psiapsi od shoppingu, dziwnych rozmów i rozmów w toku, także telefonicznie — nikt już do siebie nie dzwoni, więc postanowiłyśmy, że będziemy to robić od czasu do czasu i wychodzi.
Bangkok to nasze hasło na kryzys. Oaza spokoju i dokładne zobrazowanie stanu zdrowia psychicznego. Kiedyś powiedziałam, że w zasadzie jeśli miałabym z kimś lecieć do Bangkoku, to tylko z A. Dalej podtrzymuję. Byłybyśmy jak te dwa dziwne byty na obczyźnie, co mimo starań wyglądają jak zbiorowe nieporozumienie. Ale każdy, kto chodził z nami do liceum, wie dokładnie, że wtedy na tym polegało życie. Być nieporozumieniem, pośród wielu innych nieporozumień. I właśnie w tym zbiorowym nieporozumieniu było najwięcej porozumienia, co w moim życiu po szkole nigdy się nie powtórzyło, nawet na studiach. Rzeczywiście dobrze jest mieć taką szkołę, którą szczerze i autentycznie wspomina się dobrze, pomimo jej wszystkich wad.
Dzisiaj rano A. wysłała coś w rodzaju: "Monia, lecimy... Bangkok na Boże Ciało".
No i przyznaję, mój zwierzęcy instynkt dał się porwać tej myśli. Ale po chwili sobie przypomniałam, że w sumie to mam plany na weekend i rodzinę. Więc po jakichś kilkunastu sekundach pozwoliłam się sobie otrzeźwić, choć mentalnie już pakowałam walizki. Jeszcze nie jestem na tym etapie życia rodzinnego, żeby podjąć decyzję wieczorem i rano obudzić się w Bangkoku, ale Wszechrzecz najwyraźniej usłyszała, skoro A. zobaczyła tę ofertę i postanowiła mi ją wysłać. Była korzystna, ale ja nie byłam gotowa. Jakoś nie mam wątpliwości, że przyjdzie ten dzień, kiedy będę i polecimy, pozostawiając otoczenie w zaskoczonym otępieniu.
Nie mogę w Boże Ciało, bo akurat tego dnia realizuję prezent, który od A. dostałam. Ale za to w piątek... Verona będzie nasza. Nie ta, o której wszyscy myślą, tylko ta... którą A. ma w umyśle jako dobre miejsce na dwugodzinny wypad.
✏️ Zapiski z krawędzi codzienności
Skoro mowa o życiowych zawirowaniach, dojrzałości i szukaniu ładu w chaosie pełnym piasku... Sprawdź moją książkę filozoficzno-egzystencjalną:
„Czy moje plecy istnieją?”

Komentarze
Prześlij komentarz