TRYB JASNY/CIEMNY

Dlaczego Emily Brontë powinna pójść na terapię (i zabrać tam nas wszystkich)

Dlaczego Emily Brontë powinna pójść na terapię (i zabrać tam nas wszystkich)

Kiedy byłam młodą dziewczyną, zaczytywałam się w Wichrowych Wzgórzach. Bieganie po mglistych wrzosowiskach, obłęd w oczach, ostentacyjne ignorowanie własnych potrzeb i rzucanie się na ziemię z rozpaczy wydawało mi się szczytem wyrafinowanego romantyzmu. Dzisiaj patrzę na te lektury z głębokim zażenowaniem. Gdyby Heathcliff pojawił się w moim zasięgu teraz, zamiast pisać o nim wiersze, wezwałabym odpowiednie służby, a sama zmieniła zamki w drzwiach i wyjechała do innego województwa.

Gdzieś po drodze jako cywilizacja daliśmy sobie wmówić, że miłość to permanentny stan przedzawałowy. Uznaliśmy, że jeśli facet zachowuje się jak chłodny, mroczny pacan, to znaczy, że pod tą skorupą kryje się wrażliwe, głębokie wnętrze klasy premium. Spoiler: zazwyczaj kryje się tam po prostu chłodny pacan z potężnym zestawem problemów emocjonalnych, z którymi przyjdzie się użerać przez najbliższe lata każdemu, kto podejmie tę mało przemyślaną decyzję.

📎

Współczesny rynek relacji przypomina dziwaczne skrzyżowanie giełdy kryptowalut z całodobowym supermarketem. Z jednej strony mamy totalną, dojmującą samotność – jesteśmy samotni w pojedynkę, w tłumie, a przerażająco często również w małżeństwach i stałych związkach. Z drugiej strony próbujemy tę pustkę załatać przesuwaniem palcem w lewo lub w prawo, jakbyśmy wybierali dostawcę cateringu dietetycznego, a nie drugiego człowieka.

Udajemy, że to wszystko ma głębszy sens, choć mechanizm jest prosty jak konstrukcja cepa: reguła niedostępności przeniesiona żywcem z psychologii zakupów. To, co wydaje się nieuchwytne, automatycznie pakujemy w folię z napisem „limitowana edycja ekskluzywna”.

Gdzie w tym wszystkim podziała się miłość? I dlaczego tak panicznie boimy się przyznać, że pojęcie o niej mamy przeważnie blade?

Mgliste wrzosowisko

Pytanie pierwsze: Czy myliłeś kiedyś miłość z neurotycznym kurczem żołądka?

Zastanów się przez chwilę, kiedy ostatnio poczułeś to słynne, popkulturowe tąpnięcie w piersi. Czy to na pewno była ekscytacja na widok bratniej duszy? Czy może raczej czysty, biologiczny stres, bo druga strona zaserwowała ci trzydniowy chłodny dystans, a twój mózg, wychowany na dziewiętnastowiecznej literaturze toksycznej, odpalił pierwotny protokół walki o przetrwanie?

Działamy według upiornego schematu: im bardziej ktoś jest emocjonalnie zamknięty, tym bardziej wydaje nam się wartościowy. Czy może być w tym jeszcze więcej lęku przed porzuceniem? 

To nie jest miłość. To jest syndrom poszukiwacza skarbów w pustym magazynie Amazonu. Miłość nie polega na wygraniu teleturnieju pt. „Kto dłużej wytrzyma traktowanie lodowatym milczeniem pod pretekstem posiadania skomplikowanej osobowości”. Czucie, te wszystkie motyle i dramatyczne zrywy, to zaledwie jeden element układanki. Bardzo widowiskowy, owszem, ale na pewno nie najważniejszy.

Pytanie drugie: Czy przypadkiem nie zdiagnozowałeś swojego życia na śmierć?

Żyjemy w czasach totalnego przebodźcowania i przedawkowania popularnej psychologii. Mamy dziś narzędzia, pojęcia i definicje na każdy, nawet najmniejszy grymas twarzy drugiego człowieka. I co z tym robimy? Używamy tego jako broni masowego rażenia do przeprowadzania sekcji zwłok na żywym organizmie codzienności. Pythonowski Minister Głupich Kroków miałby dziś pełne ręce roboty z analizowaniem naszych relacyjnych potknięć.

Wystarczy jeden cichy wieczór, jedno ludzkie zmęczenie w komunikacji, żebyś natychmiast zasiadł do internetowych wyszukiwarek. Po piętnastu minutach analizy jesteś już pewien, że żyjesz pod jednym dachem z podręcznikowym narcyzem, ty sam masz styl przywiązania lękowo-zdezorganizowany, a wasz obiad to klasyczny przykład gaslightingu.

  • Zaczynamy kwestionować wszystko, nawet jeśli nie ma do tego żadnych realnych podstaw.
  • Szukamy dziury w całym, bo współczesna kultura wmawia nam, że relacja powinna stale ewoluować w tempie amerykańskiego serialu akcji.
  • W wyniku tej gigantycznej, sztucznie napompowanej samoświadomości jesteśmy w stanie rozmontować całą swoją egzystencję przy użyciu trzech terminów z TikToka.

Staliśmy się patologami własnej codzienności, którzy wolą wystawić diagnozę i wypisać akt zgonu, niż po prostu wytrzymać fakt, że drugi człowiek bywa zmęczony, nudny, zgaszony albo po prostu nie ma dziś ochoty gadać o swoich traumach z dzieciństwa.

Pytanie trzecie: Czy uciekasz, bo naprawdę nie działa, czy dlatego, że aplikacja obiecała ci kogoś z lepszym oprogramowaniem?

Popkultura i instagramowi mędrcy karmią nas dzisiaj jedną, prostą mantrą: „Jeśli coś nie działa, odejdź. Zasługujesz na wszystko, co najlepsze”. Chcemy dobrze przeżyć to nasze jedyne życie, więc kurczowo trzymamy się tej instrukcji obsługi. I natychmiast zaczynamy panikować. Czy to już ten moment? Czy to potknięcie to znak od wszechświata, że czas się pakować?

Jesteśmy potwornie wygodnym społeczeństwem. Kiedyś tego rodzaju egzystencjalnych sporów przy porannej kawie po prostu nie było. Ludzie żyli w takich dekoracjach, jakie dostali od losu, bez stałego dostępu do globalnego podglądu cudzego, rzekomego szczęścia. Dzisiaj porównujemy wszystko ze wszystkim. Porównujemy swojego partnera w wyciągniętym dresie z idealnie wykadrowanym profilem człowieka z drugiego końca świata. I tymi porównaniami sami zaciskamy sobie pętlę na szyi. Mel Brooks nie wymyśliłby lepszej farsy.

Z drugiej strony – bądźmy ze sobą boleśnie uczciwi – nie w każdej relacji warto trwać. Nie wszystko, co z założenia miało być święte i nienaruszalne, takie rzeczywiście w życiu jest. Trwanie w martwym układzie, udawanie, że reanimujemy coś, co już dawno przeszło w całkowity niebyt, bywa niszczące. Czy wtedy warto się męczyć i udawać? Mam co do tego ogromne wątpliwości.

✏️

I tu pojawia się największy paradoks: chcemy podjąć decyzję natychmiast, już, idealnie, chirurgicznie. A tak się nie da. Dopóki człowiek we własnym sercu nie poczuje, że naprawdę tę decyzję podjął, dopóki ta pewność nie dojrzeje i nie uspokoi się w środku – nie powinien wykonywać żadnych gwałtownych ruchów. Żadne algorytmy, poradniki ani złote rady nie zastąpią tego cichego momentu, w którym własna intuicja wreszcie przestaje kluczyć. Wszystko jest cholernie skomplikowane i nikt nie da nam na to gotowej recepty.

Mięsień, którego nikt nie chce trenować

Nikt nam nie mówi, że miłość to mięsień. Niewygodny, mało fotogeniczny, wymagający regularnego, monotonnego treningu, w którym nie ma nic z blichtru operowych upiorów czy wrzosowisk Emily Brontë. Trening tego mięśnia odbywa się wtedy, kiedy jesteś zmęczony po całym dniu, świat cię wkurza, a ty mimo wszystko decydujesz się nie zamykać w swoim samolubnym kokonie. To rzemiosło, nie seans spirytystyczny.

Jednak największym oszustwem, jakie sobie fundujemy, jest wiara, że stojąc w samym środku tego całego zamieszania, jesteśmy w stanie precyzyjnie ocenić, co właściwie budujemy. Szukamy gotowych odpowiedzi, definicji, glejtów pewności z darmowych testów osobowości. Chcemy wiedzieć już, teraz, natychmiast – czy to „to”? Czy ja już znalazłam? Czy ty już znalazłeś?

A prawda jest bezwzględna i pozbawiona taniej ulgi: o tym, ile w naszym życiu było faktycznej miłości, jak głęboka była i ile była warta, nie da się zdecydować w teraźniejszości. Nie jesteśmy wszechwiedzącymi mędrcami, którzy zjedli wszystkie rozumy i mogą wystawić certyfikat jakości swojemu związkowi przy wtorkowej kolacji. O tym decyduje się dopiero na samym końcu, patrząc wstecz na całe to nasze życiowe pobojowisko. Z perspektywy czasu, który jako jedyny nie posługuje się filtrami z Instagrama ani dziewiętnastowiecznym dramatem.

Do tego czasu pozostaje nam tylko porzucić podręczniki do psychopatologii, wyciszyć algorytmy i pozwolić własnej intuicji prowadzić się przez tę całą samotność. Bez pewności, bez mapy i bez gwarancji sukcesu – ale przynajmniej z odrobiną ludzkiej przytomności.

Wszyscy po prostu próbujemy nawigować we mgle, mając nadzieję, że z perspektywy czasu ten nasz wysiłek będzie miał jakiś sens.

📖

Chcesz wejść głębiej w egzystencjalne i filozoficzne zawiłości codzienności?

Sprawdź moją książkę „Czy moje plecy istnieją?” oraz inne pozycje, które pomagają odnaleźć się w tym całym życiowym chaosie.

Zobacz moje książki

Komentarze

Wybrane dla Ciebie

Copyright © Monika Pawelec