TRYB JASNY/CIEMNY

Matka na posterunku, czyli nocny test z dorosłości

Istnieje niepisane prawo wszechświata, które mówi, że wszystkie strategiczne awarie domowo-życiowe czekają na moment, w którym Twój facet przekracza próg mieszkania i wyjeżdża. Zlew postanawia spektakularnie się zapchać akurat wtedy, gdy zostajesz sama (klasyk, przerabiałam innym razem - zwykła butelka plastikowa potrafi wiele zdziałać, kiedy ruszysz głową, by użyć jej w nietypowy sposób).

Ale zlew to pikuś. Prawdziwy test z samodzielnego macierzyństwa zdaje się w środku nocy. Najlepiej z dnia na dzień po Dniu Matki, żeby tradycji stało się zadość.

Godzina pierwsza w nocy. Nagle ze snu wyrywa Cię płacz dziecka. Nie ten zwykły, marudny pt. „chcę pić”. To płacz w szoku i czystej panice.

„Mamo, boli mnie oko! Bardzo boli!”

Odpalamy protokół kryzysowy. Cały dzień spędziliśmy razem, wszystko było idealnie, żadnego piasku, żadnego zapalenia spojówek. Problem z kosmosu, bez logicznej przyczyny.

W takich momentach Twój własny zaspany mózg przypomina stary komputer z Windowsem 95 – widzisz kręcącą się klepsydrę i rozpaczliwie próbujesz obudzić jakąkolwiek świadomość, żeby ustalić kolejność działań. Kiedy w końcu procesor ruszył, decyzja była krótka: ubieramy się i jedziemy na SOR. Tam przynajmniej na pewno będzie okulista.

Nocna jazda samochodem, deszcz i światła miasta - powrót z SOR

SOR, czyli teatr ludzkich nieporozumień

Jako osoba chora przewlekle, na Szpitalnych Oddziałach Ratunkowych bywałam częściej, niżbym sobie życzyła. Znam te korytarze, ten specyficzny zapach i tę gęstą atmosferę zmęczenia. I za każdym razem uderza mnie jedna, porażająca niesprawiedliwość: ludzkie narzekanie na wolną pracę personelu.

Poczekalnia SOR-u w środku nocy to fascynujące, choć smutne laboratorium społeczne. Siedzą tam ludzie przekonani, że skoro oni czekają, to znaczy, że lekarze w gabinetach właśnie piją trzecią kawę albo grają w pasjansa. Pojawia się frustracja, agresywne pomruki i święte oburzenie: „Jak to, ja tu siedzę już godzinę, a tam nikt nic nie robi!”.

Guzik prawda. To, że w poczekalni panuje cisza, nie oznacza, że w środku nie trwa właśnie walka o czyjeś życie. Kiedy Ty odliczasz minuty na twardym krześle, za zamkniętymi drzwiami dzieje się absolutnie wszystko.

Personel medyczny nie ma czasu wyjść i tłumaczyć każdemu z osobna, dlaczego akurat teraz reanimują kogoś z wypadku. Podziwiam ich. Sama byłabym skrajnie sfrustrowana, gdyby ktoś bez przerwy podważał moją ciężką pracę i zarzucał mi lenistwo tylko dlatego, że nie widzi kulis.

Magia kolorowych opasek

Największym problemem w poczekalniach jest brak zrozumienia systemu. Ludziom wydaje się, że SOR działa jak kolejka w mięsnym za PRL-u – kto pierwszy przyszedł, ten pierwszy dostaje numerek. Otóż nie.

Na SOR-ze rządzi Triage. Dostajesz opaskę i ten kolor ma swój głęboki, ukryty sens dla lekarza. To nie jest element dekoracyjny ani losowy przydział:

  • Czerwony – natychmiast.
  • Żółty – pilny.
  • Zielony czy niebieski – stabilny, poczekasz.

To, że musisz poczekać na swoją kolej, oznacza tylko jedną, fantastyczną rzecz: Twoje życie nie jest w tym momencie bezpośrednio zagrożone. Powinniśmy się cieszyć, kiedy lądujemy na końcu tej kolejki. To znak, że wygrywamy w zielone.

Spokój w oku cyklonu

Tej nocy mieliśmy gigantyczne szczęście w nieszczęściu. Do okulisty przed nami czekała tylko jedna osoba, więc wszystko poszło zaskakująco sprawnie. O trzeciej nad ranem byliśmy już z powrotem w łóżkach.

Ale nawet podczas tej ekspresowej wizyty po raz kolejny doświadczyłam tego samego: absolutnej życzliwości i profesjonalnego spokoju ze strony personelu. Bez paniki, bez niepotrzebnych nerwów. Choć wokół działy się rzeczy trudne, lekarze działali bez zarzutu. Sprawdzili, zabezpieczyli, pomogli.

Kryzysy mają to do siebie, że mijają. Ale zostawiają nas z ważną lekcją. Kiedy świat dookoła wariuje, a Ty stoisz w środku nocy w szpitalnym korytarzu, jedyne, co naprawdę masz, to Twoja własna intuicja i umiejętność zachowania zimnej krwi.

Trzeba słuchać siebie, wyłączyć ten hałas, który generują zniecierpliwieni ludzie wokół, i zaufać fachowcom. A Twoja kolej nadejdzie dokładnie wtedy, kiedy powinna.

Wracając o świcie do domu, z zaopatrzonym okiem młodego i opadającymi emocjami, pomyślałam sobie jedno. Macierzyństwo to nie są laurki na Dzień Matki. Macierzyństwo to umiejętność przetrwania nocy, gdy cały świat śpi, a Ty musisz być najsilniejszym i najbardziej opanowanym punktem w pokoju.

I wiecie co? Dałam radę.

Spodobał Ci się ten wpis?
Refleksje o samotności w kryzysowych momentach, odpowiedzialności i nieprzewidywalności codziennego życia znajdziesz również w mojej książce „Czy moje plecy istnieją?”. To zbiór osobistych i szczerych opowieści, które zostają w pamięci na dłużej.
Dowiedz się więcej o książce

Komentarze

Wybrane dla Ciebie

Copyright © Monika Pawelec