Lykke, o swoje szczęście też trzeba dbać

Jeśli zauważyliście zmniejszenie mojej aktywności na blogu, a nie jesteście zapisani na Newsletter, informuję, że od 3 tygodni jestem chora. A poza tym zapraszam Was do Newslettera, żebyście byli na bieżąco. Można zapisać się w bocznym menu po prawej stronie, lub na końcu tego wpisu. A teraz przejdźmy do właściwej recenzji...

W pogoni za szczęściem...


Od czasu, do czasu lubię przeczytać sobie coś luźniejszego, ale niespecjalnie odległego od życia. Tego akurat "Testerce" odmówić nie można. Bo faktycznie jest to jedna z tych odprężających książek, choć trudnych tematów również nie zabraknie.





Co to za testerka?





Główną bohaterką książki jest Agnieszka, która zawodowo... Uwaga, uwaga, pisze bloga. Już wiecie dlaczego miałam wielką ochotę przeczytać tę książkę? Agnieszka testuje na sobie różne przepisy na szczęście. Sprawdza jak frazesy głoszone przez rozmaitych coachów od szczęśliwego życia mają się do jej własnej rzeczywistości. Swoją drogą... Ciekawy pomysł i ciekawa nisza.









W miarę stonowane życie Agnieszki drastycznie zmienia się, gdy jej siostra postanawia wyjść za mąż. Siostra stawia przed Agnieszką dosyć nietypowe wyzwanie. Myślę, że ja bym się jeszcze bardziej wkurzyła na miejscu głównej bohaterki. Ale nie, nie powiem Wam o co chodzi, bo nie byłoby sensu czytać tej książki ;)





Poznajemy nie tylko Agnieszkę, ale również jej najbliższą rodzinę. Uroku całej opowieści dodaje pojawiająca się od czasu do czasu banda siostrzeńców. Niektórych z pewnością zauroczy sielski klimat tej opowieści. Fabuła rozgrywa się bowiem w malowniczych okolicznościach przyrody.





Podsumowanie...





Choć książka nie porwała mnie jakoś bardzo, to jest to lektura całkiem przyjemna na letnie, spokojne wieczory. To luźna, choć nie unikająca trudniejszych tematów obyczajówka. Miłośniczki romansów też znajdą tutaj coś dla siebie. ;)































Magiczne odloty w związku z naturą


Jak łatwo się domyślić po tytule tego wpisu, książka nieszczególnie przypadła mi do gustu. O ile bardzo sobie cenię bliskość natury i zielone życie, to niekoniecznie należę do tych osób, które będą pisać rytualne listy o pełni księżyca.





Level hard





"Kobieta w związku z naturą" stoi często w sprzeczności z własnymi założeniami. O ile rozumiem różne działania psychologiczne mające na celu samoakceptację, to niekoniecznie jestem za tym, żeby wrzucać butelki z listami do morza. Śmiecenie nie jest zgodne z naturą. Cóż... Nie oszukujmy się, z punktu widzenia morskich stworzeń, nie ma znaczenia czy wrzucasz do morza butelkę po piwie, czy butelkę z listem.









Nie ma tego złego





Na uwagę na pewno zasługują przepisy zawarte w książce. I jakiś taki ogólny duch samoakceptacji i wyrozumiałości dla samego siebie. Niemniej jednak, gdybym miała tak bardzo i tak intensywnie skupiać się na sobie, jak zalecono w tej książce - to chyba nie miałabym życia poza tymi wszystkimi rytuałami.





Absolutnie nie oceniam autorki...





Każdy powinien robić to, co czuje i to, co uważa za słuszne, o ile oczywiście nikogo tym nie krzywdzi. Po prostu akurat ta książka nie trafia w moją racjonalność i w moje odczuwanie świata, ale kto wie, może okaże się odpowiednia dla Ciebie?































Wariacje pewnej Luśki


Życzyłabym sobie więcej takich książek do recenzji. Naprawdę! Dzisiaj z samego rana poleciłam tę książkę mojej mamie i umówiłyśmy się już, że jej pożyczę. Książka zaczyna się i kończy dość nietypowo. Ale jak? Spokojnie, nie powiem. Będzie bez spoilerów.





Zadziwienie opiniowe





Zajrzałam w Internety i trochę się zdziwiłam, że opinie na temat tej książki są takie... średnie. Szczerze mówiąc nie rozumiem. Czyżby Czytelnicy w całym swoim życiu byli tak absolutnie bezbłędni, a może nawet... sztywni? Absolutnie nie zgadzam się z negatywnymi opiniami na temat tej książki. Choć oczywiście, o gustach się nie dyskutuje, więc i ja zamykam się już. :D





Oj Luśka, co Ty znowu nawyrabiałaś





"Luśka" Doroty Krawczyk opowiada o nastoletniej Łucji wchodzącej w dorosłość. A tak właściwie, to główna bohaterka sama opowiada o sobie, wspominając czasy swojej młodości. Zdrowo się uśmiałam przy lekturze, dynamika książki bawi, a bohaterowie są wyraziści. Pomimo zmieniającej się akcji żaden z nich nie traci swojego charakteru.





"Książka nic nie wnosi" - napisała jedna z recenzentek. Nie zgadzam się z tą opinią, ponieważ w moje popołudnie wniosła kilka szczerych uśmiechów i przypomniała o czasach, w których błahe sprawy urastały do rangi prawdziwych problemów. Autorka książki zdecydowanie ma wyczucie dla uroków nastoletniości i znajomości rozmaitych wiejskich zwyczajów. Doskonale oddała ten klimat.









Choć losy Luśki to nie tylko śmiech, ten zdecydowanie przeważa. Oczywiście, jeśli jesteśmy w stanie spojrzeć na bohaterkę z dystansem, a momentami z pobłażaniem dla jej nastoletnich zachowań. Nieodpowiedzialna? Na pewno. Ale wciąż charakterna i dająca się lubić. Jeśli chodzi o inne uroki tej książki, animuszu zdecydowanie dodaje postać Grażyny, pojawiająca się od czasu do czasu.





Czy warto?





Warto! Książka pozostawiła we mnie pewien niedosyt i to jest zdecydowanie atut, bo dzięki temu będę o niej długo pamiętać. Czuję się pozostawiona z milionem pytań ale też chętna do lektury kolejnej części, o ile taka się ukaże.





Zdecydowanie polecam! <3


























W poszarzałym "Oknie"...


Niedawno, zupełnie nieprzypadkowo wpadła mi w ręce książka "Okno" Mariki Krajniewskiej. Dostałam ją od Wydawnictwa Papierowy Motyl w tzw. Paczce Niespodziance. :) Uwielbiam niespodzianki! A Wy? Jeśli chcielibyście ze mną współpracować, lub wysłać jakąś Paczkę Niespodziankę z tym założeniem, że może opowiem o niej na blogu, to zapraszam do kontaktu: przytulne.nieulotne@gmail.com. Ale dosyć tej autopromocji! Porozmawiajmy o książce...





Dalekość i Bliskość









To dwa tematy, które moim zdaniem najczęściej pojawiają się w zbiorze Mariki Krajewskiej. Poszarzałość i melancholia walczą z przebijającą między wierszami potrzebą koloru. A proza życia przykrywa zapomniane marzenia...





Okno znajdujące na okładce książki jest otwarte, choć te, za którymi stają bohaterowie opowiadań wydają się zamknięte, przybrudzone. Samo okno ma tutaj wielokrotnie znaczenie symboliczne. Raz zdaje się być drogą ucieczki, innym razem szczelnie zamyka przed marzeniami.





W książce pojawił się także temat niespełnionego marzenia o macierzyństwie, które doprowadziło do załamania psychicznego bohaterki opowiadania. Choć w "Oknie" poruszono tematy trudne, opowiadania czyta się lekko i swobodnie. A refleksja przychodzi sama, skrycie prowadzona przez autorkę książki.





Czy polecam?









Jak najbardziej. Zdecydowanie warto przeczytać tę książkę. Może nie w biegu, nie w pośpiechu. Zbyt wiele treści zasługuje na to, aby się na nich zatrzymać. Pomyśleć, choćby przez chwilę i innym spojrzeć na drugiego człowieka trochę inaczej. Jak na odbicie naszych własnych problemów i trosk.































Requiem analogowego świata - powrót do przeszłości


Dzisiaj chciałabym podzielić się z Wami refleksjami na temat lektury książki pod tytułem "Requiem analogowego świata" autorstwa Rafała Cichowskiego. Książkę otrzymałam w ramach współpracy z Wydawnictwem Novae Res. Miałam do wyboru również dwie inne pozycje, na początku słowo o tym dlaczego zdecydowałam się na tę książkę...





Czemu "Requiem..."?





Przede wszystkim dlatego, że lata dziewięćdziesiąte to czasy mojego dzieciństwa i chciałam po prostu sobie powspominać. Przypomnieć klimat tamtych czasów. Byłam ciekawa, na ile autorowi udało się go oddać.





Przydymiona szaro-bura rzeczywistość lat 90tych





Mogę powiedzieć, że udało się. To książka o codzienności nastolatków rozgrywającej się w 1997 roku w Kutnie. Jej klimat określiłabym jako przydymiony, trochę filmowy. Bohaterowie są wyraziści, charakterni i przekorni. Każdy z nich ma swoje problemy, którym próbuje stawić czoła z lepszym i gorszym skutkiem.









Rafał Cichowski zwrócił uwagę na każdy detal tamtych czasów. Nie zabraknie wspominków o Bravo, sztuczkach z jojem, trzepaków, gry w piłkę i ryzykownych zabaw. Autor świetnie oddał szaro-burość lat 90tych, które w moim odczuciu właśnie takie były. "Requiem..." oddaje doskonale postkomunistyczną rzeczywistość, w której kolorowość i różnorodność dopiero się klarują.





To książka o codzienności, zwykłości, w której słychać dźwięki nie zawsze miłe dla ucha i czuć zapachy nie zawsze przyjemne dla nosa. I właśnie dlatego uważam, że świetnie oddaje ona charakter tamtych czasów.





Warto przeczytać?





Warto. Choć lektura może nie należeć do łatwych. Jako osobie przyzwyczajonej do krótkich form, ciężko mi jest nie zwracać uwagi na zbyt długie zdania. Jedno zdanie rozciągnęło się aż na 44 linijki tekstu. Osobiście wolę czytać teksty uporządkowane w krótsze segmenty. Jednak pomijając ten "mankament" uważam, że książka jest ciekawa i godna polecenia ;)

































Aforystycznie towarzyszy mi przymrużenie oka


Kiedy mam ochotę na coś lekkiego do czytania, a równocześnie z nutą pieprzu cayenne, sięgam po tomiki mojego Taty. Tak, wspomniany poniżej Wojciech Edmund to mój Tata, a Wy w ten sposób poznajecie moje panieńskie nazwisko. ;)





Aforystycznie









Tomik "Aforystycznie" poniekąd powstawał na moich oczach. Poniekąd, albowiem mój Tata się pochwalił książeczką dopiero gdy już miał jej fizyczny egzemplarz. Później ja urządziłam Tatę w taki sam sposób, no można powiedzieć, że spełniłam proroctwo zawarte w dedykacji, którą mi Tata napisał w swojej książeczce, a którą zostawię dla siebie. :)





"Aforystycznie" to zbiór myśli krótkich i wyrazistych. Momentami siarczystych, ale też rzeczywistych i prawdziwych. Lubię ten sposób mówienia nie wprost , który równocześnie jest... bardzo bezpośredni. Jeden z moich ulubionych cytatów to:





Podsunięto mi artykuł, więc przeczytałem -

kolejny zajmujący czas wywód erudyty

z kompleksem filozofa-fachowca.





Tak się składa, że miałam wiele do czynienia pewnym erudytą i jego kompleksem. I została we mnie ogromna zadra w związku z sytuacją, której tutaj poruszać nie będę. Wydaje mi się, że dla dobra współczesnej filozofii, której dobro nadal leży mi na sercu, dobrze by było aby filozofowie z kompleksem fachowca wyjęli kija z wiadomej części ciała i użyli go do czegoś praktycznego. Na przykład można użyć takiej metalowej końcówki, która po nałożeniu na kij stworzy łopatę. Wystarczy trochę pomachać i nagle przestaje nas obchodzić sposób istnienia dziury w płocie. :D Więcej życia pryki ! :D





Wybaczcie dygresję, a teraz do rzeczy. "Aforystycznie" to zbiór myśli, w których mój Tata porusza wiele tematów i tak naprawdę mogłabym pisać teksty na ich podstawie. Wydaje mi się, że ta książka zbiera doświadczenia, które w mniejszym lub większym stopniu dotyczą nas wszystkich i każdy jest w stanie pomyśleć sobie sytuację, która będzie obrazem dla wybranego aforyzmu.









Przymrużenie oka









A "Przymrużenie oka" jest całkiem inne, ale jakby wciąż odwołujące się do źródeł tego, co było w "Aforystycznie". Nadal są to krótkie i rzeczowe myśli. Przepełnione chłodnym, acz nie pozbawionym emocji spojrzeniem. Wypowiedziane, ale jakby pozostawione w domyśle.





I tym razem realizuję dedykację, którą Tata napisał mi w książeczce, ale również to zostawię dla siebie. W "Przymrużeniu oka" także wybrałam sobie cytat, z którego zaśmiewałam się do łez, a który nadal budzi moje głębokie rozbawienie:





Denerwuję się, za dnia nie mogąc posiąść jej mądrości.

Może jednak sowa mi nerwy wyratuje i zmierzchu.





Jeśli nie wiecie o co chodzi i dlaczego mnie to śmieszy, poczytajcie trochę o symbolice Sowy Minerwy i nie zaszkodzi też przeczytać co nieco o Heglu. To mi przypomniało również, że wielkie myśli niektórych filozofów zredukowałabym najchętniej do zera. Jednak mimo wszystkich filozoficznych uniesień, mam wrażenie, że stąpam po ziemi bardziej niż niektórzy, ale wciąż mniej niż inni ;)





Stop dygresjom! Bo znowu sobie pozwoliłam, ale już nie tak bardzo jak poprzednio. :D "Przymrużenie oka" podobnie jak "Aforystycznie" nakłania do refleksji, a czasami do refleksologii, bo łatwo nabawić się nerwicy we współczesnym świecie. :D









Podsumowując...





Wpadnijcie na bloga mojego Taty i zajrzyjcie do tych książek, myślę, że warto. :) Ale nie polecam ich dlatego, że jestem córką swojego Taty, lecz dlatego, że uważam, że są dobre. I sama uwielbiam do nich wracać. Okażą się dobrą lekturą w przerwie od innych zajęć, ale na pewno też umilą podróż pociągiem, czy samochodem :)

































Za co lubię Woblink?


To nie jest wpis sponsorowany. Mówiłam Wam, że będę się z Wami dzieliła tym, co lubię, co mi się podoba i to jest właśnie wpis tego rodzaju. Odkąd jestem mamą bardzo polubiłam ebooki. Kiedyś czytałam je na swoim Kindlu, teraz niestety leży on nieużywany. Dlaczego? Jestem mamą, czytam w nocy bez światła - nie jest to specjalnie zdrowe, ale pozwala zaspokoić potrzebę czytania. Czytam z telefonu. ;)
Dlaczego? Nie chcę budzić innych domowników palącym się światłem, a naprawdę lubię czytać na leżąco. :)





Aplikacja Woblink





Zainstalowałam ją sobie niedługo po porodzie i jest to mój sposób na szybkie zdobywanie książek, na których mi aktualnie zależy. Większość książek tam jest, choć mojej tam jeszcze nie znalazłam, hihi :D W aplikacji znajdziecie taką funkcję jak Bumerang. Moim zdaniem jest absolutnie super. Na czym to polega? Każde 10 zł wydane na książkę do Ciebie wraca w postaci kodu zniżkowego na kolejną książkę. Jest to moim zdaniem świetna opcja, bardzo zachęcająca do legalnego czytania ebooków.









Mnie osobiście cały ten system bardzo zachęca do czytania i powoduje, że chętnie korzystam z aplikacji i czytam książki. Obecnie czytam książkę o mojej patronce, świętej Monice. Już dawno chciałam dowiedzieć się czegoś więcej na jej temat i powiem szczerze, że spodobała mi się okładka tej książki. Długo się nie wahałam nad kupnem. Na razie mogę powiedzieć, że książka jest fajnie napisana i przede wszystkim lekko. Jest to opowieść o konkretnej osobie, a nie kompendium zarzucające Czytelnika milionem encyklopedycznych informacji. Jak skończę to pewnie Wam ją dokładniej zrecenzuję ;)





No dobra, ale jak to działa?





Jeżeli np. wydacie 50 zł na książkę, wówczas otrzymujecie 5 kodów zniżkowych o wysokości 10 zł. Kody nie łączą się. Czyli nie da się kupić za darmo książki, która kosztuje 50 zł, ale możecie obniżyć sobie cenę 5 kolejnych książek o 10 zł. Kody są ważne przez 90 dni, więc warto czytać w miarę szybko :)





5 kodów na 10 zł możecie otrzymać już rejestrując się na newsletter. Od siebie dodam, że nikt Wam tych kodów nie cofnie gdy się wyrejestrujecie z newslettera :) Myślę, że warto skorzystać.





Co mi się podoba najbardziej?





Wizualna strona tej aplikacji bardzo mi odpowiada. Mamy swoją półkę, na której znajdziemy zakupione książki. Pliki można też pobrać i zgrać na dowolny nośnik. Nie musicie czytać na telefonie, możecie czytać z tabletu, komputera lub z czytnika. Jak Wam wygodnie ;)





Poza tym, możecie edytować swoją biblioteczkę i dodawać sobie książki "do przeczytania". Wiem, że na Woblinku są także ebooki, nie wiem jednak jak to działa, ponieważ nie korzystałam z nich jak na razie. ;)





Tyle ode mnie!





  • Lubicie czytać ebooki?
  • Zdarza Wam się korzystać z różnych aplikacji?
  • A może używacie Woblink?




























[REC] Montessori od I roku życia


Jeśli obserwujecie bloga regularnie, wiecie, że mam niemałą fazę na “Montessori”. Miałam od zawsze, jeszcze zanim zrobiło się głośno o metodzie Montessori. Wzorem jeśli chodzi o to podejście, są dla mnie moi rodzice. Moja mama nie poddawała się, gdy z trudem przychodziło mi zapamiętywanie wierszyków. Zauważyła, że jestem wzrokowcem, więc rozrysowywałyśmy je. Ta metoda była trafiona w punkt. Mój tata z kolei dbał o część growo-logiczną i dzięki temu z moją logiką nie jest tak źle, jakby mogło być. :D Pamiętam też, że miałam zwykłe drewniane klocki z książeczką, w której pokazane były różne figury, które trzeba było ułożyć z różnej perspektywy. Świetna zabawa i bardzo edu.





Montessori w I roku życia





Wiem, że szastam tym pojęciem na prawo i lewo, ale robię to tylko dlatego, że dzisiaj rzucam hasło “Montessori” i wszyscy wiedzą o co chodzi. To, o wiele łatwiejsze, niż wprowadzanie swojego nazewnictwa na wszystko. Choć wiecie, że mogę. Nie mam problemu ze słowotwórstwem :D





Mogłoby się wydawać, że Montessori w I roku życia to wyzwanie. Jeżeli rodzic ma odpowiednie podejście, nie jest to takie trudne. O co chodzi? O to, żeby pozwalać. I generalnie potrzebny jest do tego odpowiedni charakter. Jeżeli jesteś rodzicem, który swój dom traktuje jak muzeum, to raczej nie jest metoda dla Ciebie.





Metoda Montessori służy kształtowaniu samodzielności. Czasami kosztem zniszczeń i tego typu rzeczy, chociaż jeśli chodzi o Pierniczka to naprawdę nie narzekam. Jest grzecznym chłopcem i jeżeli coś zbroi, to tylko z ciekawości. Trudno się o to gniewać, cieszę się tym, że jest ciekawy świata.





Jak to u nas wygląda?





Pierniczek nie skończył jeszcze roku, ale już potrafi sam:





  • stać
  • zrobić dwa kroki bez trzymanki
  • siedzieć z prostymi pleckami
  • odkręcić kran
  • zapalić/zgasić światło
  • pić ze słomki
  • samodzielnie wziąć sobie bidon ze słomką (bez uchwytów)
  • bawić się piłką, kulać ją do innych i samemu sobie
  • chętnie się wspina (ale z tym raczej uważamy, bo chociaż uwielbiam IKEĘ to nie mam aż takiego zaufania do regałów)
  • Klaskać
  • Robić miny
  • Bawić się w ganianego, co ciekawe tę zabawę zainicjował sam
  • I wiele innych




Jak uczymy go samodzielności?





Nie wyręczamy go z codziennych czynności. Wie, że aby zjeść śniadanie musi podczworakować do kuchni. Wie, że kiedy biorę go na ręce i idziemy do łazienki musi sam zapalić światło i odkręcić kran. Czasami mycie rąk trwa długo, bo Pierniczek wie już jak zakręcić kran. Kiedy akurat nie chce mu się myć rąk, to czasami sprawdza moją cierpliwość :D Ale… cieszę się, że ma swój charakter i że potrafi robić różne rzeczy ;)





Książka “Montessori w I roku życia” jest bardzo ciekawa i polecam Wam ją szczerze, chociaż to wszystko zależy od predyspozycji Waszego dziecka i od dynamiki z jaką się rozwija. Nie ma lepszych/gorszych dzieci. Każde dziecko ma swój indywidualny tok rozwoju i my jako rodzice powinniśmy to szanować i wspierać.





U nas ta książka szybko wyszła z mody, dlatego, że Pierniczek dosyć szybko znużył się zabawami z kolorowymi wstążeczkami i chustkami. Też dosyć szybko przeszliśmy od oglądania kart kontrastowych do ich jedzenia. W tej chwili jesteśmy na etapie oglądania książeczek dla dzieci powyżej I roku życia. Ale polecam Wam obczytać się w temacie Montessori jeszcze zanim urodzi Wam się maleństwo.





Co znajdziecie w książce?





Przede wszystkim porady dotyczące aktywności z dziećmi, które nie ukończyły jeszcze I roku życia. Przeczytacie też wiele na temat rozwoju dzieci i poszczególnych jego etapów. Z tego, co pamiętam znajdziecie tam także informacje o tym dlaczego rozwój dziecka w naturze jest ważny.





Na pewno warto przemyśleć, czy ta metoda wychowawcza jest dla Was, czy nie. Ze swojego doświadczenia mogę powiedzieć, że wymaga wiele cierpliwości. Wiele zaangażowania i przede wszystkim przyzwalania na sytuacje “przyczyna-skutek”. Oczywiście chodzi mi o kontrolowane w granicach zdrowego rozsądku przyzwalanie. Trzeba też zdecydować, czy priorytetem dla Was są czyste lustra, czy wielopoziomowy rozwój dziecka. Uwierzcie mi, nie zawsze, ale czasami jednego z drugim nie da się pogodzić ;)





Co Wy na to?





  • Co sądzicie o metodzie Montessori?
  • Jakie macie metody wychowawcze?
  • Co dla Was jest ważne w wychowywaniu dziecka?
































[REC] Metoda Montessori na cztery pory roku - Brigitte Ekert


Dla stałych Czytelników tego bloga nie jest nowością, że uwielbiam metodę Montessori. Zanim zaczęto na prawo i lewo szastać nazwiskiem Marii Montessori, nazywałam to po prostu kreatywnym wychowaniem. Ale skoro ta nazwa jest teraz tak popularna, to pozwólcie, że również będę nią szastać.





Książki z wydawnictwa RM





Najpierw słówko o książkach z wydawnictwa RM. Przyznam szczerze, że wydawnictwo odkryłam niedawno, ale od razu zakochałam się w jego ofercie. Dlatego tym bardziej ucieszyłam się, że wydawnictwo zechciało podjąć ze mną współpracę recenzencką. Bardzo lubię polecać, a najbardziej lubię polecać wartościowe rzeczy i książki. :)





W ofercie wydawnictwa znajdziecie bardzo dużo książek dotyczących takich dziedzin jak: pasja, hobby i zdrowie. Ale również znajdzie się dużo książek edukacyjnych dla dzieci.





A teraz o książce









"Metoda Montessori na cztery pory roku" to zbiór zabaw dla dzieci w wieku od 3 do 6 lat. W książce umieszczono aż 70 zabaw tematycznych na wszystkie pory roku. Osobiście, myślę o tej książce jako o zabawowym przepiśniku. ;) Przy każdej zabawie opisano jej cele oraz wypisano rzeczy potrzebne do zorganizowania zabawy. Każda zabawa zawiera instrukcję obsługi i pozostawia szerokie pole dla wyobraźni.





Warto pamiętać o tym, że zabawy Montessori stoją w sprzeczności z tzw. leniwym rodzicielstwem. Angażują nie tylko dzieci, ale również rodziców. W większości są to zabawy, które najpierw trzeba przygotować, a potem poprowadzić. Pierniczek jest jeszcze za młody i nie możemy w tej chwili wspólnie przetestować zabaw, ale książka na pewno zostanie na naszej półce i będzie czekała na swój moment. <3





Podsumowując





Polecam świadome i zaangażowane rodzicielstwo, oraz "Metodę Montessori na cztery pory roku" Brigitte Ekert, która niewątpliwie wspiera tę postawę. Zalety opisanych zabaw to przede wszystkim: prostota, łatwość przygotowania i podkreślanie edukacyjnej roli zabawy z dzieckiem.





Mnie do gustu przypadł najbardziej mały warzywniak, dzięki któremu dziecko może uczyć się odróżniać od siebie warzywa. Inną zabawą zasługującą na uwagę są kształcące kamyki. Na kamykach możemy rysować alfabet, układać je w słowa, co więcej możemy uczyć dziecka śledzenia struktur rytmicznych, logicznie uporządkowanego myślenia, koncentrowania uwagi i przede wszystkim przygotowujemy dziecko do czytania.



























[REC] Żywienie dziecka w pierwszym roku życia


Postanowiłam powrócić do swoich recenzenckich korzeni. Nie wiem, czy wiecie, być może tego się o mnie nie doczytaliście, ale przez wiele lat recenzowałam książki pod panieńskim nazwiskiem. Stąd też blogowanie, czy recenzowanie, nie jest mi w żaden sposób obce. Brakuje mi tego i właśnie dlatego - wracam do recenzowania <3





Pewnie nie będzie tych recenzji tak dużo, jak kiedyś potrafiłam napisać. Obecnie większość mojego czasu zajmuje opieka nad dzieckiem i pisanie własnych tekstów literackich, ale... nadal chcę pokazywać to, co uważam za wartościowe. :)





Pierwsza książka w tym roku od wydawnictwa RM





Wydawnictwo RM przesłało mi książkę "Żywienie dziecka w pierwszym roku życia". Bardzo się ucieszyłam. Po pierwsze, miło było nie spotkać się z odmową, skoro zaczynam recenzowanie od nowa, na nowym blogu i z czystą kartą :) Po drugie i najważniejsze, ta książka stała się podstawą żywienia mojego dziecka! <3





Same plusy









Przede wszystkim znajdziecie w tej książce same konkrety. Matki Świeżaki wcale nie mają tak wiele czasu na lekturę - no chyba, że podczas karmienia, albo po nocach (to na samym początku, później czasu jest więcej). :) Dlatego bardzo cenię sobie to, że autorzy nie zarzucają czytelnika masą niepotrzebnych informacji, a od razu przechodzą do rzeczy.





Dzięki tej książce bardzo łatwo rozpisałam sobie pokarmy, z którymi mogę zapoznawać swoje dziecko z dokładnym zaznaczeniem czasu, w którym mogę to zrobić.





Zazwyczaj przeglądam sobie książkę, którą zamierzam przeczytać. Najpierw się z nią zapoznaję, tak wiecie - z dystansem, ale z zaciekawieniem, jak na pierwszej randce. Tym razem tego nie zrobiłam i było to miłe zaskoczenie, gdy okazało się, że książka zawiera również przepisy :) Akurat jestem w trakcie korzystania z nich i jestem bardzo zadowolona <3





Podsumowując...





Jest to książka do używania, a nie do czytania. Czyli taka, jaką powinna być publikacja tego typu. Znajdziecie w niej odpowiedzi na pytania co, jak, kiedy i dlaczego należy podawać dziecku w początkach życia. Autorki książki (a są nimi mamy) bardzo świadomie podeszli do tematu zdrowego żywienia i dostarczania dziecku odpowiednich wartości odżywczych. Piszą również o tych pokarmach, z którymi należałoby poczekać, ze względu na to, że mogą być alergizujące. Myślę, że to prawdziwe must have każdej młodej mamy! <3 Po stokroć polecam :)