Wariacje pewnej Luśki


Życzyłabym sobie więcej takich książek do recenzji. Naprawdę! Dzisiaj z samego rana poleciłam tę książkę mojej mamie i umówiłyśmy się już, że jej pożyczę. Książka zaczyna się i kończy dość nietypowo. Ale jak? Spokojnie, nie powiem. Będzie bez spoilerów.





Zadziwienie opiniowe





Zajrzałam w Internety i trochę się zdziwiłam, że opinie na temat tej książki są takie... średnie. Szczerze mówiąc nie rozumiem. Czyżby Czytelnicy w całym swoim życiu byli tak absolutnie bezbłędni, a może nawet... sztywni? Absolutnie nie zgadzam się z negatywnymi opiniami na temat tej książki. Choć oczywiście, o gustach się nie dyskutuje, więc i ja zamykam się już. :D





Oj Luśka, co Ty znowu nawyrabiałaś





"Luśka" Doroty Krawczyk opowiada o nastoletniej Łucji wchodzącej w dorosłość. A tak właściwie, to główna bohaterka sama opowiada o sobie, wspominając czasy swojej młodości. Zdrowo się uśmiałam przy lekturze, dynamika książki bawi, a bohaterowie są wyraziści. Pomimo zmieniającej się akcji żaden z nich nie traci swojego charakteru.





"Książka nic nie wnosi" - napisała jedna z recenzentek. Nie zgadzam się z tą opinią, ponieważ w moje popołudnie wniosła kilka szczerych uśmiechów i przypomniała o czasach, w których błahe sprawy urastały do rangi prawdziwych problemów. Autorka książki zdecydowanie ma wyczucie dla uroków nastoletniości i znajomości rozmaitych wiejskich zwyczajów. Doskonale oddała ten klimat.









Choć losy Luśki to nie tylko śmiech, ten zdecydowanie przeważa. Oczywiście, jeśli jesteśmy w stanie spojrzeć na bohaterkę z dystansem, a momentami z pobłażaniem dla jej nastoletnich zachowań. Nieodpowiedzialna? Na pewno. Ale wciąż charakterna i dająca się lubić. Jeśli chodzi o inne uroki tej książki, animuszu zdecydowanie dodaje postać Grażyny, pojawiająca się od czasu do czasu.





Czy warto?





Warto! Książka pozostawiła we mnie pewien niedosyt i to jest zdecydowanie atut, bo dzięki temu będę o niej długo pamiętać. Czuję się pozostawiona z milionem pytań ale też chętna do lektury kolejnej części, o ile taka się ukaże.





Zdecydowanie polecam! <3


























Superfarmer & Koza, rodzinna rozgrywka w naszym domu


Niedawno nawiązałam współpracę z firmą Granna. Jestem z tego powodu niezmiernie szczęśliwa i dziękuję pięknie za okazane zaufanie <3 . Jest to ważna informacja dla moich Czytelników, ponieważ od teraz, na blogu znajdziecie również recenzje gier i zabawek. :) A tymczasem zapraszam do lektury...









Superfarmer wielki powrót...





Nie było to dla mnie pierwsze spotkanie z grą Superfarmer. Mam starą wersję tej gry i bardzo ją lubię. W nowej bardzo podobają mi się zagrody (są to plansze na zwierzęta) oraz figurki psów, które w starej wersji występowały jako obrazki na prostokątnych kartonikach. Tabliczki ze zwierzętami również zmieniły formę, są okrągłe, większe niż ich starsze poprzedniczki, bardziej wyraziste i śmieszne (co dodaje humoru rozgrywce).









Ale zaraz, zaraz, o co chodzi...





No właśnie, ja jak zwykle po swojemu. Najpierw zachwyty, a potem konkrety. Na czym polega Superfarmer? W grze chodzi o to, żeby uzbierać pełną zagrodę zwierząt. To znaczy taką, w której znajdzie się przynajmniej jeden królik, owca, świnia, krowa oraz koń. Gracze rzucają kostkami i w zależności od tego, co wypadnie na kostce dobierają lub tracą zwierzęta. Plan uzbierania pełnej zagrody może popsuć lis, wilk, a w tej wersji również niesforna koza.









Grę udało nam się rozegrać rodzinnie





Ponieważ rozpakowaliśmy ją w dniu, w którym odwiedzili nas moi rodzice. Tak się złożyło, że nasz Pierniczek przysnął, a dorośli postanowili oddać się poważnej rywalizacji. Niestety nie wygrałam, chociaż osobiście uważam, że jestem Superfarmerką no to cóż... Nie tym razem. Jak podejrzewam najbardziej wygrać chciał Pan Mąż, ale taktyka mojego Taty okazała się bardziej skuteczna (składam oficjalne gratulacje).





Nie wspomniałam o dość ważnym elemencie tej gry, jakim jest wymiana. Na tabliczkach napisano wartość poszczególnych zwierząt. I tak np. 6 królików można wymienić na 1 owcę. Jest to gra strategiczna, ale też ekonomiczna. Trzeba nieustannie myśleć o tym, co się bardziej opłaca i swoje decyzje dzielić przez ryzyko wyrzucenia wilka, przed którym uchronić może tylko duży pies.









Ciekawostka





Ta gra u swoich początków nazywała się "Hodowla Zwierzątek". Powstała w 1943 roku w Warszawie, a jej autorem był polski matematyk, Karol Borsuk. Utracił on miejsce pracy po tym, jak Niemcy zamknęli Uniwersytet, a sprzedaż gry była sposobem na podratowanie domowego budżetu. I wiecie co... Bardzo się cieszę, że profesor Karol Borsuk stracił pracę, bo gdyby nie to... nie byłoby Superfarmera :)









Czy warto?





No pewnie, że warto. Ta gra wciąga różne pokolenia. Wciągnie dzieci, ale także dorosłych. Wariantów jest mnóstwo, nie tylko tych określonych w instrukcji, ale także tych, jakie gracze mogą wprowadzać między sobą. Gra zdecydowanie pełni funkcję edukacyjną, ponieważ uczy matematycznego myślenia, a także ważenia ryzyka. :)





Znacie tę grę? Co o niej myślicie?





Trzymajcie się ciepło i przytulnie! <3

































Aforystycznie towarzyszy mi przymrużenie oka


Kiedy mam ochotę na coś lekkiego do czytania, a równocześnie z nutą pieprzu cayenne, sięgam po tomiki mojego Taty. Tak, wspomniany poniżej Wojciech Edmund to mój Tata, a Wy w ten sposób poznajecie moje panieńskie nazwisko. ;)





Aforystycznie









Tomik "Aforystycznie" poniekąd powstawał na moich oczach. Poniekąd, albowiem mój Tata się pochwalił książeczką dopiero gdy już miał jej fizyczny egzemplarz. Później ja urządziłam Tatę w taki sam sposób, no można powiedzieć, że spełniłam proroctwo zawarte w dedykacji, którą mi Tata napisał w swojej książeczce, a którą zostawię dla siebie. :)





"Aforystycznie" to zbiór myśli krótkich i wyrazistych. Momentami siarczystych, ale też rzeczywistych i prawdziwych. Lubię ten sposób mówienia nie wprost , który równocześnie jest... bardzo bezpośredni. Jeden z moich ulubionych cytatów to:





Podsunięto mi artykuł, więc przeczytałem -

kolejny zajmujący czas wywód erudyty

z kompleksem filozofa-fachowca.





Tak się składa, że miałam wiele do czynienia pewnym erudytą i jego kompleksem. I została we mnie ogromna zadra w związku z sytuacją, której tutaj poruszać nie będę. Wydaje mi się, że dla dobra współczesnej filozofii, której dobro nadal leży mi na sercu, dobrze by było aby filozofowie z kompleksem fachowca wyjęli kija z wiadomej części ciała i użyli go do czegoś praktycznego. Na przykład można użyć takiej metalowej końcówki, która po nałożeniu na kij stworzy łopatę. Wystarczy trochę pomachać i nagle przestaje nas obchodzić sposób istnienia dziury w płocie. :D Więcej życia pryki ! :D





Wybaczcie dygresję, a teraz do rzeczy. "Aforystycznie" to zbiór myśli, w których mój Tata porusza wiele tematów i tak naprawdę mogłabym pisać teksty na ich podstawie. Wydaje mi się, że ta książka zbiera doświadczenia, które w mniejszym lub większym stopniu dotyczą nas wszystkich i każdy jest w stanie pomyśleć sobie sytuację, która będzie obrazem dla wybranego aforyzmu.









Przymrużenie oka









A "Przymrużenie oka" jest całkiem inne, ale jakby wciąż odwołujące się do źródeł tego, co było w "Aforystycznie". Nadal są to krótkie i rzeczowe myśli. Przepełnione chłodnym, acz nie pozbawionym emocji spojrzeniem. Wypowiedziane, ale jakby pozostawione w domyśle.





I tym razem realizuję dedykację, którą Tata napisał mi w książeczce, ale również to zostawię dla siebie. W "Przymrużeniu oka" także wybrałam sobie cytat, z którego zaśmiewałam się do łez, a który nadal budzi moje głębokie rozbawienie:





Denerwuję się, za dnia nie mogąc posiąść jej mądrości.

Może jednak sowa mi nerwy wyratuje i zmierzchu.





Jeśli nie wiecie o co chodzi i dlaczego mnie to śmieszy, poczytajcie trochę o symbolice Sowy Minerwy i nie zaszkodzi też przeczytać co nieco o Heglu. To mi przypomniało również, że wielkie myśli niektórych filozofów zredukowałabym najchętniej do zera. Jednak mimo wszystkich filozoficznych uniesień, mam wrażenie, że stąpam po ziemi bardziej niż niektórzy, ale wciąż mniej niż inni ;)





Stop dygresjom! Bo znowu sobie pozwoliłam, ale już nie tak bardzo jak poprzednio. :D "Przymrużenie oka" podobnie jak "Aforystycznie" nakłania do refleksji, a czasami do refleksologii, bo łatwo nabawić się nerwicy we współczesnym świecie. :D









Podsumowując...





Wpadnijcie na bloga mojego Taty i zajrzyjcie do tych książek, myślę, że warto. :) Ale nie polecam ich dlatego, że jestem córką swojego Taty, lecz dlatego, że uważam, że są dobre. I sama uwielbiam do nich wracać. Okażą się dobrą lekturą w przerwie od innych zajęć, ale na pewno też umilą podróż pociągiem, czy samochodem :)

































Copyright © Mama Kapitan