Miej wylane, a będzie Ci dane. Krótki kurs przetrwania w świecie idealnych ludzi
Miej wylane, a będzie Ci dane.
Żyjemy w czasach, w których nawet odpoczynek stał się pozycją na liście zadań. Masz scrollować mądrze, rozwijać się w wolnych chwilach, a w ramach relaksu pić matchę, medytować i wyglądać spójnie, kiedy Twoje życie właśnie płonie.
Ostatnio podjęłam radykalną decyzję. Rzuciłam w kąt rolki, szorty i cały ten cyfrowy szum. Wybrałam „nic”.
Okazuje się, że nicnierobienie jest dziś najbardziej luksusowym towarem eksportowym. Zwłaszcza gdy to legendarne „nic” musisz wcisnąć kolanem pomiędzy załatwianie spraw pracowych, domowych, zdrowotnych i codzienne funkcjonowanie z dwoma samcami.
Jeden to nieokiełznana petarda z bezdyskusyjnym prawem do głośnego dzieciństwa. Drugi jest dorosły nieco dłużej ode mnie. Momentami patrzę na nich i zastanawiam się, czy przypadkiem nie są w dokładnie tym samym wieku.
W tym całym chaosie jedynym ratunkiem dla zdrowia psychicznego stała się prosta zasada: miej wylane, a będzie Ci dane. To prawda, która nie zawodzi.
Partyzantka na placu zabaw
Kiedyś myślałam, że macierzyństwo i dorosłość wymagają ode mnie trzymania fasonu. Dzisiaj fason przegrywa z termodynamiką i zdrowym rozsądkiem.
Siedzę ostatnio na placu zabaw. Słońce grzeje, pot mi się leje po plecach, a ja mam na sobie rajstopy, bo przecież rano wydawało się, że „tak wypada” i trzeba jakoś „spójnie wyglądać”. Spojrzałam na biegające dzieciaki i pomyślałam: dość.
Cichaczem, pod ławką, ściągnęłam te rajstopy. Świat się nie zawalił. Nikt nie wezwał policji modowej. Zyskałam za to chłód i święty spokój.
Parę dni później moja mama pyta z troską w głosie, dlaczego pozwalam dziecku biegać z mokrą głową po dworze. Prawdę mówiąc, stałam tam i nie wiedziałam, jak miałabym to od niego egzekwować, skoro sama robię to regularnie. Moja intuicja już dawno przestała słuchać podręczników o idealnym rodzicielstwie. Słucha za to mojego własnego instynktu przetrwania.
Komandos wraca z basenu
Egzamin generalny z mojej nowej życiowej filozofii zdałam jednak na początku zeszłego tygodnia. Zapakowałam na basen wszystkich. Ogarnęłam całą logistykę tej małej armii, a nie jest to znowu takie proste, gdy jeden wraca ze szkoły hulajnogą (rowerowy maj - zdrowy projjekt, ale z drugiej strony wrzód na dupie wielu rodziców, w postaci kolejnej rzeczy do ogarnięcia), a drugi zgarnia mnie "gdzieś po drodze" wracaąc z pracy.
Na miejscu okazało się, że zapomniałam zapakować jednej, dość kluczowej rzeczy. Siebie. A dokładniej – czystej bielizny na przebranie po kąpieli.
Kiedyś to byłaby tragedia. Gorączkowe suszenie suszarką do rąk tego, co miałam na sobie, albo natychmiastowy rajd do najbliższego sklepu z miną winowajcy. Wiecie, co zrobiłam? Uznałam, że brak gaci nie będzie mnie powstrzymywał przed udanym dniem. Spakowałam mokry strój do worka, ubrałam ciuchy na gołe ciało i wyszłam.
Kawa jako twarde lądowanie
Kiedy odpuszczasz te wszystkie małe, bzdurne wymagania, nagle odzyskujesz bezcenną walutę: czas dla siebie.
Moje lądowanie zawsze wygląda tak samo. Kawa, książka i cisza. Bez sprawdzania powiadomień, bez kontrolowania, czy wszystko wokół jest perfekcyjne. Pozwalam światu kręcić się przez chwilę bez mojego udziału. Moi faceci mogą w tle robić absolutne bzdury, a ja po prostu udaję, że mnie tam nie ma.
Zbyt często nie dostrzegamy tego, co jest wokół nas, bo nasze głowy są zajęte spełnianiem cudzych oczekiwań i przejmowaniem się tym, „co ludzie powiedzą”. A prawda jest taka, że ludzie zazwyczaj nie mówią nic, bo są zbyt zajęci poprawianiem własnych niewygodnych rajstop.
Czasem trzeba po prostu odpuścić, zaufać sobie i wrócić do domu bez gaci, żeby wreszcie poczuć, że się żyje.
Chcesz więcej przestrzeni na własne błędy?
Książka o tym, jak przestać biegać za ideałami, zrzucić niewygodne życiowe rajstopy i zacząć żyć na własnych, nieco koślawych warunkach.
ZAMÓW SWÓJ EGZEMPLARZ
Komentarze
Prześlij komentarz