Niespiesznie w 2020 roku

Dawno nie miałam takiego dnia jak dzisiaj. Poranek w trybie slow motion rozciągnął się do 14:30 kiedy postanowiłam pościelić łóżko. Dałam sobie spokój z myśleniem o rozliczeniach i pracy. Zaplanowałam urodzinową imprezę dla Syna i zamówiłam kilka fajnych gadżetów z tej okazji. Przeczytałam 25 stron książki, dlatego że chciałam, a nie dlatego, że muszę - bo ktoś mnie rozliczy z recenzji. Nie martwię się obiadem, bo w lodówce czeka na nas wczorajsza pizza, a na mojego Synka buraki od Babci Wioli.

Spieszę się powoli

Bo 2020 zaczął się spokojnie i w dobrym towarzystwie, a sam poranek kończy się zanim zdążył się dla mnie zacząć. Widzę jak promienie słońca rozchodzą się po panelach wpadając przez lekko przysłonięte żaluzje. Jest cicho, każdy z nas robi swoje rzeczy a ja doświadczam luzu jakiego od dawna mi brakowało.

Oczywiście to wszystko nie jest takie fancy jak się wydaje, bo cenę mojego polegiwania zapłacił mój Mąż, który po trzech godzinach spania został zaprzęgnięty do układania klocków i przeżywania przygód, na które raczej nie miał siły. A wszystko po to, żebym mogła obudzić się o 9:30 i szczerze się zdziwić, że jest tak późno. Późno? Poranek zaczynam zwykle w okolicach 4.30 - 5.30. Okazuje się często, że to najlepszy czas na układanie klocków.

Na nic specjalnego nie czekam

Bo nauczyłam się robić rzeczy. Moja codzienność to zespół działań, które składają się na większą całość. Na różne całości. Jedna ma plakietkę "Dziecko", inna "Praca", a jeszcze inna "Ja i moje zdrowie". Oczywiście tych całości jest dużo i różnych. Ale od jakichś paru lat przestałam oczekiwać, że coś się wydarzy. Ludzie często stawiają jakieś oczekiwania wobec Nowego Roku, że ten im coś przyniesie - bo oczekiwania są zwykle pozytywne.

Ja nie mam oczekiwań. Mam dwie sfery, nad którymi chciałabym pracować. Pierwszą jest moja relacja z Bogiem, drugą - moja praca. I te dwie rzeczy wyznaczają mi co mam robić w tym roku. Nie potrzebuję więcej, nie czekam na wielkie boom. Moim priorytetem jest dla mnie moja rodzina, a cele wyznaczają się jakby same w odniesieniu do mojej rodziny.

Niektóre mamy mają nieustanną potrzebę kurczowego trzymania się życia sprzed czasu, w którym zostały mamami. Ja kompletnie nie mam czegoś takiego, nie domagam się czegoś dla siebie od życia i swój czas, oraz siebie, mam bardziej z tyłu głowy. Wcale mi to jednak nie przeszkadza. Dlaczego? Bo znam i widzę takie mamy, które tracą najlepsze lata swoich dzieci na narzekanie, że przez te dzieci nie mogą robić czegoś swojego.

Rodzina jest jak firma

Lubię myśleć o tym, że rodzina jest jak firma w dobrym znaczeniu tego słowa. Jesteśmy organizmem i musimy codziennie uczyć się siebie, rozumieć gdzie sięgają nasze wzajemne granice i poznawać co to znaczy "funkcjonować razem". Nie zawsze da się rozpisać grafik tak, aby każdy był zadowolony, a jednak "wszystko gra" i życie dalej się toczy. Nie zawsze każdy musi mieć dobry humor - a zrozumienie tego, też przychodzi z czasem. Czasami każdy pójdzie o krok za daleko, ale dopóki każdy potrafi wyjaśnić sprawę przed wieczorem, wszystko jest w porządku. To samo tyczy się też stosunku rodziców do dzieci. Rodzicielstwo nie jest czymś gotowym, ale czymś co się staje od narodzin dziecka, aż do naszej śmierci. I nie ma co kreować się na bezbłędnych rodziców pełnych majestatu i autorytetu.

Swoją drogą jestem przekonana, że w każdym z nas tkwi szczeniak. Odzywa się nie zawsze w tym samym momencie i czasami jest "wychowany" przez życie do tego, aby nie wychodzić w niektórych sytuacjach. Gdzieś tam w środku cały czas czuję się tak samo szczeniacko , czasami dziwię się jak ktoś mówi do mnie "proszę Pani". I wydaje mi się, że gdzieś tam w środku, nawet mając lat 60 będę tym samym szczeniakiem.  I cieszy mnie myśl o tym, że moje babcie kiedyś też były małe i teraz prawdopodobnie nadal w jakimś stopniu w tym swoim wnętrzu ubranym w korale, też są takimi szczeniakami. I pewnie też myślą o tym, jak szybko minął ten rok, albo ostatnie 20 lat.

Kolejny rok nie zmieni tego, że czas leci. Nie zmieni także tego, że czasem zdarzą się niemiłe albo smutne rzeczy. Ale lepiej przestać czekać, aż ktoś przyjdzie po te wszystkie problemy i je zabierze. I nie wypatrywać jakiegoś nieznajomego z torbą wypchaną słodyczami - przed kimś takim ostrzeglibyśmy dzieci, z obawy, że to może być pedofil. Ale sami wierzymy, że nagle "coś będzie lepiej" jeśli ktoś przyjdzie i coś nam da.

I mam wrażenie, że wieczne oczekiwanie odbiera nam coś bardzo ważnego

Bo dziś jest dziś. Zamiast czekać na coś zewnętrznego, co poprawi naszą sytuację albo rozckliwiać się nad sobą w werterowskich dramatach, lepiej jest coś zmienić w swoim zachowaniu. Przykład? Kobiety, które mówią "teraz jest okropnie, ale jak będzie w przedszkolu to wtedy będę z nim robić fajne rzeczy, to i tamto". I tak zamiast inwestować  w ten czas, który masz, czekasz na coś, co może nie nadejść. Zamiast cieszyć się tym, co jest teraz, narzekasz na czas, który przelatuje Ci przez palce, bo Ty oczekujesz czegoś innego. Zamiast zrobić swoje teraz "fajnym", czekasz na "przyszłe fajne", które może nigdy nie nadejść bo dziecko może mieć kompletnie inny charakter i nie chcieć robić tego, co mamusia sobie wymyśliła w chwili kreatywności. Więc po co tracić?

Nie traćmy więcej siebie, życia i tego co ważne w oczekiwaniu na inne i lepsze. Bierzmy to, co jest i róbmy z tym fantastyczne rzeczy, nie myśląc za dużo o jutrze. Ale tylko tyle, na ile to faktycznie konieczne. Róbmy swoje, ale nie za wszelką cenę. I dostosowujmy się do zmieniających okoliczności zamiast tracić energię na walkę z wiatrakami. Zmieniajmy świat mądrze, ale umiejmy odpuścić i zmienić trasę, kiedy tracimy tylko czas i energię. Przestańmy walczyć z codziennością, a może okaże się dla nas bardziej łaskawa. Tego Wam i sobie życzę w Nowym Roku.

Trzymajcie się ciepło i przytulnie, 
Ahoj!
PODPIS



Jeśli chcesz być na bieżąco, zapisz się koniecznie na mój Newsletter!
Copyright © Mama Kapitan