Ho! Ho! Ho! Ostatnim świątecznym tchnieniem

Minęły kolejne święta, we wszystkich ludziach znów ujawniły się te same wady, a ja siedzę w grającym swetrze z bałwanem, wygrzebanym w lumpeksie na promocji, która była zbyt duża, żeby się na niego nie zdecydować, a równocześnie zbyt mała żebym była w pełni zadowolona. Słucham Big Yellow Taxi i usiłuję powrócić do normalności po tej corocznej mocy wrażeń.


W każde święta i specjalne okoliczności

Przypominam sobie, że nie lubię spotkań z dużą ilością (do pewnego stopnia randomowych) ludzi w dużym stężeniu. Zawsze po takiej dawce mam ochotę wyłączyć telefon i wyjechać na Alaskę. O ile nie mam alergii na ludzi, to są takie cechy, które doprowadzają mnie do szału. I tym samym nie potrafię zbyt długo przebywać w towarzystwie, bo przeciągłe spotkania oparte na jedzeniu i gadkach szmatkach kradną mój kreatywny wiatr i doprowadzają do upadku moją wewnętrzną Troję.

Z roku na rok pozbywam się złudzeń

I naprawdę przestaję oczekiwać od ludzi więcej, niż doświadczyłam do tej pory. Bo to naprawdę powoduje utratę energii, nerwy i złudną nadzieję, że ktoś raz na zawsze zrozumie, jak mówisz mu, że nie znosisz pewnych rzeczy. I tak po wysłuchaniu miliona złotych rad, przypomnień, których wcale nie potrzebuję i deklaracji bez pokrycia, siedzę i podsumowuję te ostatnie trzy dni, które w ogólnym rozrachunku były miłe, ale też równie denerwujące.

Nic mnie tak nie drażni

Jak wzajemne wchodzenie sobie w tyłki. Serio. Wiem, że teraz na twarzach niektórych osób maluje się niesmak z powodu mojej rzekomej, ale tak naprawdę wyimaginowanej delikatności. Otóż delikatność nigdy nie była moją mocną stroną i do tej pory nie jest, albowiem ciężko jest walić prawdę między oczy i być przy tym delikatnym. Ale co mam na myśli?

Strasznie nie lubię opiewania siebie na wzajem czcią i podkreślania wzajemnych majestatów. Jak słyszę, że co druga istota na ziemi to "przyjaciel" to nóż mi się otwiera w kieszeni. Bo przecież doskonale wiem, że to nieprawda i widzę różnicę między autentyczną przyjaźnią a zwykłym wazeliniarstwem.

Ale jest jeszcze druga strona tej samej cechy, równie drażniąca. Nie cierpię jak ktoś z uporem maniaka wchodzi w moje życie, udziela mi rad, o które nie proszę, podkreślając przy tym własne zasługi dla społeczeństwa. Nie cierpię również jak ktoś w kółko zadaje mi te same pytania, albo ciągle mnie pyta czy mam na coś ochotę, kiedy ja naprawdę się nie certolę i w najmniej oczekiwanym momencie mogę zapytać o kanapkę z serem, albo kiełbasę polską.

Najbardziej cenię sobie przyjaźń

I wiecie po czym poznaję swoich przyjaciół? Rzeczywiście mogę powiedzieć, że mam wokół siebie całkiem wyróżnione grono tych osób, z którymi autentycznie chcę pozostawać w kontakcie. A najlepsze jest to, że wszyscy oni, kiedyś powiedzieli mi, że w jakiejś sytuacji postępuję niewłaściwie. Mam dosyć trudny charakter, ale bardzo cenię sobie ludzi, którzy nie tylko znoszą moją ostentacyjność i szczerość, ale równocześnie potrafią w nieobrażający sposób mnie skrytykować. Lubię również takich, którzy rozumieją, że nie zawsze mam ochotę przebywać w ich towarzystwie, bo sami nie zawsze mają ochotę ze mną przebywać/rozmawiać. I paradoksalnie, tylko takich mam przy sobie. Co uważam za niezwykłe ważne. Strasznie szanuję takich ludzi, którzy nie każą mi się namyślać o co im chodzi, gdy pojawia się jakiś problem. 

Jak ktoś stale mi przyklaskuje węszę niebezpieczeństwo i zwykle oczami wyobraźni widzę, co ta osoba sobie tak naprawdę myśli i zazwyczaj nie są to wcale miłe rzeczy. Warto dodać, że one i tak wyjdą przy pierwszej lepszej okazji. Zdecydowanie większą sympatią pałam do ludzi, z którymi się kłócę, niż do tych, którzy skłonni są budować jakieś kluby i grupki oparte tylko na emocjonalnych przesłankach, oraz potrzebie wzajemnej adoracji. W bitwach o racje zwykle nie biorę udziału w myśl zasady, pozwólmy głupcom pozostać głupcami a sami róbmy swoje.

Każdy jest mądry

A zwłaszcza wtedy, gdy jakaś sytuacja, czy stan nie dotyczą jego samego. Są tacy, którzy wprost muszą znać się na każdym temacie i każde wtrącenie własnych trzech groszy traktują jak kolejne powody do własnej chwały. Zawsze znajdzie się też ktoś, kto musi zamanifestować prym własnego królestwa. Chociaż jestem jedynaczką syndrom księżniczki zawsze był mi obcy, biegałam po żwirze z moim Mężem (gdy miałam kilka lat) i z innymi chłopakami. Grałam w piłkę, nosiłam czapkę z daszkiem i regularnie mówiłam to, co miałam na myśli, nawet w sytuacji, gdy nie było to najlepszym pomysłem. Nigdy nie udawałam, że jestem jakoś szczególnie delikatna (choć z pewnością wrażliwa), ani tym bardziej, że jestem pełna gracji. Raczej trudno to o mnie powiedzieć.

I dlatego drażnią mnie również księżniczki na ziarnku grochu, którym wiecznie coś przeszkadza. Zawsze znajdą jakiś powód do ukrytego problemu na lata, nawet jak im coś tłumaczysz, to stwierdzą, że rozumieją, ale potem i tak do końca życia będą się zachowywać wobec ciebie jak zołzy. Tylko dlatego, że nic tak nie boli jak urażona duma. Gdyby ludzie przestali się tak wiecznie spinać psychologowie mieliby mniej do roboty i nikt nie potrzebowałby zdrowych diet, albo cudotwórczych urządzeń.

Poza tym, mam nieodparte wrażenie, że wyniosłość powoduje wzdęcia. No bo przecież całe to powietrze musi gdzieś uchodzić z tych księżniczek, no nie? 

A teraz, kiedy i ze mnie uszło, idę zjeść, a potem pójdę spać. Rano przywita mnie taki sam świat, na który będę miała trochę bardziej wylane niż do tej pory, ale wciąż mniej niż powinnam. I będę bardziej optymistyczna rozumiejąc, że z roku na rok, coraz bardziej wchodzę na meandry rzeczywistości, której nie jestem w stanie zmienić. Więc... Zasadniczo nie ma się czym przejmować ;)

Trzymajcie się ciepło i przytulnie, 
Ahoj!
PODPIS



Jeśli chcesz być na bieżąco, zapisz się koniecznie na mój Newsletter!
Copyright © Mama Kapitan