Pogadajmy o miejscach… w Manekinie na Grunwaldzkiej


Już od jakiegoś czasu zbieram się w sobie aby wyjść poza rozważania czysto teoretyczne, czysto recenzencko – współpracowe i pokazać Wam też trochę mojej rzeczywistości codziennej, nie zanudzając nadmiarem szczegółów z życia. W związku z tym, dzisiaj słowo o naszej ulubionej naleśnikarni.

Klimatycznie…

Manekin ma swój klimat, a my najbardziej lubimy wchodzić chwilę po otwarciu, raz zdarzyło nam się nawet, że czekaliśmy w samochodzie aż otworzą lokal. Oczywiście odkąd nasz Synek pojawił się na świecie jeździ z nami.

- Czy tu można coś zjeść? – zapytał mnie mężczyzna w średnim wieku po otwarciu przedniej szyby samochodu, kiedy wyszłam z Maksiem na dwór aby się nie nudził podczas oczekiwania na jedzenie.

- Jasne, bardzo pyszne naleśniki. – odpowiedziałam, a kiedy już wróciliśmy do środka, zobaczyłam tego mężczyznę wchodzącego do lokalu. Było wcześnie… Choć, to pojęcie względne. Jako, że ja codziennie wstaję w okolicach piątej, dziesiąta to już dla mnie prawie południe. ;)


Poranne stany...

Lubię te poranne stany, kiedy restauracja dopiero zaczyna zapełniać się ludźmi. Jest cisza i spokój, nikt nikogo nie przekrzykuje, od czasu do czasu zwracam uwagę na promienie słońca tańczące pomiędzy stolikami. Taras jak zwykle jest jeszcze zamknięty, trwają prace porządkowe i otworzą go dopiero o 11stej. 

Czas podania zamówienia jest krótki, ludzi jest mało i wszyscy pracownicy też są jeszcze w dobrych nastrojach, gotowi na ten dzień. Jest sympatycznie, można nawiązać fajne interakcje i przy okazji po prostu uśmiechnąć się do siebie - od tak, bo można. 

Podchodzi do nas młoda kelnerka z blond włosami związanymi w kok. Jest szalenie sympatyczna i wita się nie tylko z nami, ale również z naszym rocznym Synkiem, który obdarza ją swoim zawadiackim uśmiechem. Dowiadujemy się od niej, że jest nowa w zespole. A nasz Synek od tej pory za każdym razem gdy przechodzi spogląda na tą Panią, która tak wesoło się do niego uśmiechała. Te pozytywne chwile mieszają się z aromatem świeżo parzonej kawy. Jest miło, po prostu, tak, jak lubię najbardziej.

Nasze zamówienie trafia na stół

Zaczynamy dzień od pancake'ów bo tym razem krem pomidorowy był niedostępny. Bierzemy jedną porcję na dwoje, bo jak zwykle - nie jesteśmy w stanie wcisnąć w siebie czterech pysznych naleśników na raz. Nasz Synek póki co najada się samym widokiem i wciągając zapamiętale swój przecier owocowy. Pani Kelnerka wraca i pyta, czy wszystko jest w porządku. Pysznie jak zwykle, a nowe menu rozwala smakiem. Choć pod koniec zaczynamy trochę żałować, że nie spróbowaliśmy Knoppersa ;) 


O miejsca dla najmłodszych nie trzeba się martwić, restauracja jest wyposażona w krzesełka. Naprawdę spoko, że nie trzeba za każdym razem wchodzić z wózkiem i całym wyposażeniem. Pod schodami znajduje się także marynarski kącik dla dzieci. Jest liczydło, są kredki, koło marynarskie i klocki, a także inne zabawki ale nie wszystkim udało mi się przyjrzeć.

Gdy restauracja zaczyna się zapełniać...

Czas na nas. Pora na spacer i rodzinną bieganinę po parku. Dobre wprowadzenie w dzień, wyciszenie umysłu i przygotowanie do dalszej pracy. Wychodzimy, do następnego razu ;) 

To jedno z moich ulubionych miejsc, z całego serca polecam, wpadnijcie gdy będziecie w Gdańsku ;) 

Trzymajcie się ciepło i przytulnie <3



Copyright © Mama Kapitan