Zamknięcia i świerzbienia

Wiem, uwielbiacie moje twórcze tytuły. Dzisiaj będzie krótko, trochę żenująco (jak zwykle) a trochę na luzie (też jak zwykle). Trzy dni temu zamknęłam wrzesień na blogu i trochę nie wiem, co ze sobą zrobić. W kwestii zleceń, też póki co czekam na opinie klientów i zleceniodawców, więc stoję. Dwa dni nic się nie dzieje, a ja mam przez to przekonanie o bliskim końcu świata :D Nie przesadzam, trochę tak jest. Jestem nadwydolna mentalnie i muszę sobie jakoś radzić w życiu z tym faktem.

Pliplu plepli 

Mam już zarys wpisów na październik i grudzień, ale jakoś ciężko poczuć ten flow w 30stopniowym upale, zwłaszcza, że z bloga nikt mnie nie rozlicza. Chyba, że ja sama. Właśnie przed chwilą przyszły kolejne książki do recenzji i trochę się zdziwiłam, bo wydawnictwo nie poinformowało mnie, że wysyłają (nowa współpraca), więc mam miłą niespodziankę.


Dalej tenteguję co by tu zrobić z blogiem

Żeby go wybić na wyższe meandry. I napisałam z tej okazji do brata mojej przyjaciółki, który służy dobrą radą i pomocą techniczną. Ogarnia programowanie i różne rozwiązania stronowo/sieciowe znacznie lepiej niż ja. W ogóle uczę się trochę korzystania z pomocy innych ludzi, bo stawiam przed sobą dosyć dużo i zawsze wychodzę założenia, że muszę wszystko sama. Tymczasem okazuje się, że odkąd zaczęłam otwierać się na pomoc - wychodzę na tym o wiele lepiej i nie jestem tak sfrustrowana jak wtedy, gdy myślę, że wszystko polega tylko na mnie.

Korzystając z tego, że nie mam co robić

Nadrobiłam trochę w kontaktach towarzyskich. Dowiedziałam się dzisiaj między innymi tego, że moja koleżanka, która żyje życiem Indiany Jones'a wraca niedługo z wykopalisk i być może nadarzy się okazja do spotkania. W naszym przypadku okazało się, że znienawidzony WF wiąże bardziej niż wspólny kierunek studiów. 

Przez godzinę wisiałam też na telefonie z moją przyjaciółką i razem doszłyśmy do wniosku, że mamy podobne granice zasiedzenia w jednym miejscu. Tzn. kiedy tylko się okaże, że w danym zadaniu/pracy nie jesteśmy w stanie się bardziej rozwinąć, to czas odpłynąć w inną stronę i robić coś innego. Ambicja nie pozwala usiedzieć w miejscu, kiedy wiesz, że już więcej z czegoś nie wyciągniesz. I dlatego mnie tak bardzo zależy na tekstach, na copywritingu. Bo za każdym razem to jest coś innego. Nie ma dwóch takich samych zleceń, ani dwóch takich samych projektów. Nawet jeśli są do siebie jakoś podobne, to tak naprawdę - rozwijasz się cały czas. I to jest awesome!

Rozwój przy okazji śpiewania kołysanek

Stwierdziłam niedawno, że świat nie kończy się tylko na "W górze tyle gwiazd..." i przed wczoraj odśpiewałam synowi polską wersję "Brian Boru", polską wersję "Scarborough Fair", potem angielską wersję tej piosenki. Następnie "Wilde Rose" czyli niemiecką wersję celtyckiej piosenki "Siúil a Rún". I na sam koniec zaśpiewałam mu "Siúil a Rún" w oryginale po celtycku. I zasnął zdumiewająco szybko :D 

Wymyśliłam także, że zaczniemy oglądać "Maszę i Niedźwiedzia" w oryginale. Nie umiem za bardzo rosyjskiego, a spoko by było chwycić trochę języka i może nawet się nauczyć jeśli zajdą odpowiednie okoliczności. Tudzież, jeśli je sobie stworzę.

Muszę się rozwijać cały czas, bo inaczej jestem chora

Wiem, że nie jest to stan większości ludzi, choć bardzo długo myślałam, że to logiczne i każdy myśli i robi właśnie w ten sposób. Z lektury jednej z książek dowiedziałam się, że to się nazywa nadwydolność mentalna i nie zdarza się każdemu. Jestem też synestetką. Tak, w mojej głowie środa jest żołta, a czwartek zielony. Jeśli nie wiecie na czym to polega Googlajcie. Z synestetyzmem wiąże się też hiperestetyzm (mam na myśli wymiar psychiczny). Ludzie zmagający się z nim, w dużym uproszczeniu, mają w głowie milion myśli i zwracają uwagę na szczegóły, na które inne osoby nie zwracają kompletnie uwagi. Łączy się z tym nadwrażliwość na bodźce i problemy z koncentracją np. w tłumie. Dlatego nie przepadam za przebywaniem w tłumie. Zresztą wyobraźcie sobie jakim wyzwaniem była dla mnie praca w centrum handlowym, gdzie codziennie przewija się kilka tysięcy ludzi i zawsze się znajdzie jakiś czynnik rozpraszający. Ale... Wspominam to jako cenne doświadczenie, które wiele mnie nauczyło ;)

Z tych żenujących rzeczy...

Zapominam często pić wodę, ale zawsze pamiętam o kawie. Efekt jest taki, że przez ostatnie dni chodzę odwodniona. Nawet przed chwilą Pan Mąż przyniósł mi wodę, bo ja sama nie ogarnęłam, że nie piłam nic od obudzenia. Poza... kawą oczywiście. Nie ma to jak wellnes ! :D Cóż, śmieję się, ale rzeczywiście ciągle walczę ze zmianą nawyków.

Do tego stopnia, że kupiłam sobie nawet taki żenujący baniaczek z AliExpress, do którego da się wlać litr wody. Po co? Żeby mieć pewność, że wypiję tyle wody ile powinnam. Śmiechowe, ale imam się różnych sposobów. :) 

To na tyle, chyba jednak zacznę ten październik.

Trzymajcie się ciepło i przytulnie <3
Copyright © Mama Kapitan