Na szybko o życiu, czyli co się dzieje w czasie rzeczywistym

Łuhu! Wpis w czasie rzeczywistym. Takie lubię najbardziej, bo czuję się wtedy bliżej Was. Nie zawsze mi to wychodzi. Z tego, co widzę po statystykach, zmiana adresu bloga... Nie zabolała :) Obawiałam się, że będzie dużo gorzej niż jest, a tu proszę Google Analytics podpowiada, że są nowi i powracający Czytelnicy. To miód dla mojej blogerskiej duszy :)

Co tam  na szybko u mnie...

Na szybko, zamknęłam w tym tygodniu trzy fajne zlecenia i jestem z siebie dumna. Wciąż mam nadzieję na więcej, bo praca zdalna bardzo mi odpowiada a obowiązki wynikające z kreatywnego myślenia i tentegowania w głowie, oraz pisania - jeszcze bardziej. Piszę na potęgę. Nie omijam żadnych opcji.

Dzisiaj dostałam maila z prośbą od Pana Ryszarda o kolejny tekst do gazetki parafialnej. Często potrzebuję tego typu upomnień, bo niestety jak nie jestem związana umową albo nie mam czegoś na piśmie, to po prostu  nie ogarniam dat. I chociaż obowiązków mam sporo to tego tekstu też pominąć nie zamierzam. Może nawet wykorzystam doświadczenia z najdziwniejszego spaceru w moim życiu. Zobaczymy. Na dzisiaj mam kilka tekstów do napisania i pół regału książek, oraz rzeczy do recenzji.



Brzmi super :) Kolejna paka książek już zaadresowana do SkupSzopu, a z kurierami już powoli wchodzę w relacje per "Pani Moniko". Trudno tego uniknąć, skoro odwiedzają nasz dom częściej niż nasza rodzina. :D W związku z tym zdarzają się też różne śmieszne sytuacje...

W zeszłym tygodniu np. znokautowałam kuriera drzwiami. Oczywiście niechcący. Płaczące dziecko zachęca do szybkich działań, więc otworzyłam drzwi ze zbyt dużym rozmachem i pan kurier oberwał. Ale na szczęście sprawa skończyła się na śmiechach chichach i "ups przepraszam, mam nadzieję, że nie uderzyłam Pana zbyt mocno". "Spokojnie Pani Moniko" i chill, obyło się bez straty w ludziach i wszyscy szczęśliwi. 

Jakiś czas temu kupiłam sobie śliczny kalendarz w Biedronce

Kalendarz jest szkolny, ale who cares... Jest ładny, więc i tak się przyda. W pierwszej kolejności kupiłam go właśnie dlatego, że jest ładny. W drugiej dlatego, że nie mam żadnego kalendarza. A dopiero w trzeciej dlatego, że jest mi potrzebny. Cóż... jedni kupują buty i sukienki na potęgę, ja jestem papierniczą ninja. 

Potrafię sobie kupić na pocieszenie notes i flamastry, bynajmniej wcale się tego nie wstydzę, bo wszystkiego używam na potęgę. Boję się nawet trochę, co to będzie jak mój Synek urośnie i zacznie mi podbierać. A wiem, że tego nie uniknę, bo już się czai na moją papierniczą szufladę ;) 

Odwodniłam się, bo taki mam głupi zwyczaj...

Że jak piszę to zapominam, że trzeba jeść i pić. Trwanie na jednej kawie od paru godzin, to rzeczywiście nie jest najlepszy pomysł. Ale potrzebuję Waszej rady. Przydałby mi się wielki kubek, wielkości dzbana. Najlepiej jakiś taki platikowy, wielorazowy klamot, z którego można sączyć przez cały dzień. Może wyglądać komicznie, ważne żeby dało się wlać ponad litr wody. Także, jeśli wiecie o czymś takim... to proszę dajcie znać w komentarzach :)  I przy okazji, komentowanie jest teraz szybsze i łatwiejsze, a zresztą sprawdźcie sami. 

Dobra, wracam do pracy!

Trzymajcie się ciepło i przytulnie <3
Copyright © Mama Kapitan