Chodzę z Bogiem by przestać kurczowo trzymać się życia

Ostatnio wydaje mi się, że im bardziej trzymamy się życia, tym bardziej zajmują nas sprawy mało ważne. To właśnie ten kurczowy uścisk powoduje, że przy rodzinnym stole słyszymy opowieści o nowych chorobach, dolegliwościach i pakujemy swoje głowy negatywnymi historiami, niczym miłośnicy taniej sensacji. Niedawno pomyślałam sobie, że chciałabym dojść w swojej głowie do takiego momentu, w którym nie będę tak kurczowo trzymać się życia.


Mam na swoim koncie różne doświadczenia. Trudniejsze niż niektórzy i wciąż lżejsze, niż inni. Życie generalnie nie oszczędza nikogo, ale tych wrażliwszych szczególnie. Niemniej jednak wciąż tak bardzo nam zależy na tym świecie, jakbyśmy byli z nim związani na zawsze. Wydaje mi się, że żyją naprawdę nie ci, którzy myślą o jutrze, o tym, co będzie za miesiąc czy za rok. Ale ci, którzy do perfekcji opanowali sztukę widzenia tego, co mają przed oczami. Czy jest to takie ważne co będzie kiedyś, skoro nikt z nas tak naprawdę nie wie, czy przewidziano dla niego jakieś jutro? I czy naprawdę potrzebujemy to wiedzieć?



Chociaż Biblia to trudna lektura, to Bóg tak naprawdę zaprasza nas do prostych rzeczy. I jest przy tym bardzo konkretny, w większości przypadków wcale nie pozostawia miejsca na domysły. Więc jaki sens ma poszukiwanie przepisów na szczęście poza Pismem Świętym, skoro tam wszystko jest i często wypowiedziane zostało w sposób dosłowny, a momentami nawet grzmiący. Czemu tak łatwo przestrzegamy niedzielnego obowiązku mszy świętej a z Biblii tylko ścieramy kurz? Czy Słowo Boże nie powinno być najczęściej czytaną przez nas Lekturą? Jak często i jak łatwo rozliczamy innych zapominając o swoim własnym dialogu z Bogiem?

Można przeżyć życie na aktach strzelistych albo na koncertach życzeń. Ale czy nie lepiej jest słyszeć co Bóg ma do powiedzenia każdemu z nas? Czy nie lepiej jest słyszeć to codziennie, a nie tylko w niedziele lub od święta? Czy nie lepiej jest szukać tego, co dla nas naprawdę najlepsze, a nie tego, co my byśmy uznali za najlepsze dla siebie? I wreszcie, wydaje mi się, że każdy kto chociaż spróbuje regularnie czytać Biblię, jeżeli zaprzestanie tego nawyku, to będzie za tym bardzo tęsknił. Pod warunkiem, że nie czyta jej tak, jakby czytał każdą inną książkę. Tylko z zadumą, z modlitwą, z otwarciem, z przekonaniem o prawdzie i świętości tego, co tam napisano.

Czy wśród wszystkich naszych codziennych trosk znajdujemy czas na to, by porozważać Boże obietnice? Czy potrafimy je sobie dać o poranku, tak żeby były z nami przez cały dzień? Czy potrafimy wpisać je w codzienność tak samo jak poranną szklankę wody z cytryną? Skoro potrafimy być specami od diety na cukrzycę, czemu tak trudno nam znaleźć dietę dla własnej duszy, którą przecież od dawna mamy podaną na tacy?

Często patrzymy na Biblię jak na historię Bożych dzieł i owszem tak jest, ale nie tylko. To też żywe przykazania, żywe wskazówki, bardzo jasne komunikaty i obietnice, takie jak ta:

„Moje owce słuchają mego głosu, a Ja znam je. Idą one za Mną i Ja daję im życie wieczne. Nie zginą one na wieki i nikt nie wyrwie ich z mojej ręki. Ojciec mój, który Mi je dał, jest większy od wszystkich. I nikt nie może ich wyrwać z ręki mego Ojca. Ja i Ojciec jedno jesteśmy”. (J 10: 27-30)

A jeśli nawet mielibyśmy czytać sobie codziennie od nowa ten jeden fragment. Czy nie byłoby to jeszcze zdrowsze niż szklanka wody z cytryną?

Copyright © Daję Słowo